Aktualności
Pierwsze koty za płoty...
...w rowerowaniu z dzieckiem.
Wągrowiec, 6.12.2017Po wielomiesięcznej przerwie, w połowie listopada nasz żółty tandem zapakowany w karton ponownie trafił do luku bagażowego samolotu. Tym razem oprócz tandemu zabraliśmy jeszcze przyczepkę, bo niemal rok temu do rowerowej załogi dołączyła nasza córka, Jagódka. Parę dni od powrotu zebrały nam się takie myśli na temat debiutanckiego wyjazdu z dzieckiem: Gdziekolwiek są rodzice tam jest dom.
Plan był taki, że na 2 tygodnie lecimy do ciepłego i słonecznego kraju, a takim w listopadzie jest Hiszpania (konkurencyjna Grecja miała średnie temperatury listopada niższe o niecałe 2*C). Kierowaliśmy dostępnością linii lotniczych latających z Poznania (czyli niedaleko domu), by oszczędzić małej Guci dodatkowych kilometrów w samochodzie. Na miejscu ruszamy przed siebie, po drodze nocując pod namiotem, gdzie nas noc zastanie.
Kraj wybrany, akcesoria rowerowo-wyprawowe już mamy, a przyczepkę kupiliśmy i używamy od kilku miesięcy. O przyczepach nie będziemy się rozwodzić (nasza jest obszerna i mieści dużo więcej niż tylko Gucię). Ważne jest to, że w samolocie leci za darmo jako wózek (dwie rzeczy dla dziecka można wziąć bezpłatnie: wózek/fotelik/łóżeczko, przynajmniej w Ryanairze). Pakowanie mamy już obcykane - zawijamy wszystko w kartony, bagaże podręczne w worki transportowe i ponadto wyjątkowo obszerne: damską torebkę i torbę do laptopa. Co się zmieniło? Całą jedną sakwę wypełniają ciuszki dla małej, torebkę zapełniają zabawki, a torbę od laptopa ulubione książeczki (z perspektywy czasu wiemy, że warto było to wszystko zabrać). Oprócz tego jeszcze siata z jedzeniem i pieluchami – nikt nie zwrócił uwagi, że to ponad limit.
Generalnie podróż z maluchem nie jest bardzo kłopotliwa. Może wynika to z łagodnego charakteru małej Guci. Dziecko nie jest świadome kłopotów typu brak gazu do kuchenki, czy rozglądanie się za dogodnym miejscem na namiot. Małemu człowiekowi takie spędzanie dnia na świeżym powietrzu, ciągłe pikniki i biwakowanie pod namiotem sprawia wielką frajdę, gdy tylko rodzice są obok. Podróż dostarcza zdecydowanie więcej przeżyć, niż kolejny dzień w dobrze już znanym, domowym otoczeniu. Może większą krzywdą od tułaczki jest zostawianie takiego malca na 7 godzin bez mamy, kiedy ta musi iść do pracy. Wybierając się na wycieczkę z dzieckiem należy wziąć pod uwagę, że nie przejedzie się tylu kilometrów, co zazwyczaj. Nam wyszła średnia nieco ponad 10 km dziennie, maksymalnie około 20. Brzmi zabawnie, tyle przecież można przejść pieszo. Na mały zasięg wpływają przede wszystkim częste przystanki na jedzenie i zabawę. Pakowanie i cała reszta czynności codziennych trwa dwa razy dłużej, bo jedna osoba niemal całkowicie pochłonięta jest pilnowaniem malca.
Zdarzyć się może, że trzeba będzie stanąć pod dachem, gdy zauważymy, że może dojść do przeziębienia. Lepiej mieć przy sobie jakieś dziecięce paracetamole. W końcu dziecko nie powie, że jest mu zimno. Z drugiej strony nie należy przesadzać z ubieraniem na noc (my przesadziliśmy i biedactwo czasem pociło się jak szczur), bo jest ogrzewane z obu stron przez rodziców. Ogromnym ułatwieniem kwestii karmienia dziecka jest zawsze ciepłe i świeże mleko prosto od mamy. Pewnie jest to możliwe, ale w warunkach biwakowych przygotowywanie mleka z proszku mogłoby być kłopotliwe.
Nie jesteśmy wielkimi zwolennikami elektroniki, ale ważnym punktem każdego dnia był 10 minutowy seans dziecięcych teledysków (kundel bury i inne wlazł kotki). Chyba dlatego, że dzień kończył się szybko, bo już o 18, a o 19 już wszyscy byliśmy zawinięci we wspólnym śpiworze.
Dwa tygodnie i to w rozwiniętym kraju nie było logistycznym wyzwaniem. O zapas pieluch, jedzenie, picia, czy o pranie ubrań nie martwiliśmy się wcale – nie było potrzeby. |
Inspiracja
23.02.2016, Wągrowiec
W Japonii udało nam się zdobyć jedną z broszurek, którymi zarabiał na swoją podróż. A dzisiaj w nasze ręce trafiła nie lada gratka - książka autorstwa Heinza Stucke. to jedna z naszych inspiracji, postać wyczerpująca temat rowerowych podróży w sposób absolutny i kompletny. Jest to człowiek, który przez ostatnie 50 (p i ę ć d z i e s i ą t ! ! !) lat przemierzał świat wzdłuż i wszerz,dokumentując wszystko w swoim pamiętniku i na pięknych fotografiach. To właśnie idąc za jego śladem, zdecydowaliśmy się na zwykły trzybiegowy rower.
[ENG]
While in Japan, we managed to obtain one of booklets, that let him fund the world tour. But today we received a real big thing, a book by . He is one of our inspirations, a person who defines bicycle travel absolutely and completely. He is a man, who has been travelling the world for last 50 (f i f t y ! ! !) years, documenting his experiences in a diary and fascinating photgraphs. It is Heinz's story, which induced us to pick an ordinary three-speed bike. We recommend googling: "Heinz Stucke map" |
Drugie życie podróży
18.03.2015, Wągrowiec, Polska
My już co prawda od dość dawna jesteśmy domatorami, jednak nasza azjatycka podróż przeżywa drugą młodość. Jeździmy z opowieściami na różne pokazy, prelekcje, slajdowiska, prezentujemy w szkołach, bibliotekach i podróżniczych festiwalach. Ostatnim były gdyńskie Kolosy, na których zostaliśmy uhonorowani wyróżnieniem w kategorii podróże. Przyznanie tego wyróżnienia było dla nas wielkim, miłym zaskoczeniem. Tym bardziej że nasza prezentacja miała miejsce w piątek trzynastego, dokładnie 9 miesięcy po naszym powrocie do Polski (wtedy też był piątek 13). Prawie jakby coś się urodziło. |
Trzy
31.07.2014, Wągrowiec, Polska Mijają właśnie trzy lata od momentu, kiedy w czasie wyprawy na Ukrainę drogę przebiegła nam pewna mała ruda kuleczka. Wstyd się przyznać, ale początkowo wzięlismy ją tylko dlatego, by podrzucić jakiemuś gospodarzowi. Na szczęście nikt jej nie chciał i Puma przejechała z nami całą drogę z Kijowa do Polski (ponad 1000km rowerem i jeszcze trochę pociągiem). Nie ma co ukrywać, że trochę się z tym psiorkiem na rowerze umęczyliśmy. Jednak dzisiaj nie oddalibyśmy jej nikomu za żadne skarby :-) Jak widać podróże to nie tylko ładne widoczki i beztroska, ale też duży udział niespodziewanego. Co zrobimy z zaistniałymi sytuacjami, zależy już tylko od nas. |
To już jest koniec
11.06.2014, Singapur
Olo właśnie rozkręca rower. Na szczęście da się go złożyć na pół i poleci z nami jako zwykły bagaż. Może niektórzy dziwią się czemu zabieramy ze sobą te 30 kilogramów złomu (tak, aż 30), nawet sami mamy go trochę dość, ale zostawić po prostu nie mamy serca, tyle z nami przejechał! 21 324km, licznik wyzerował się kilka razy, ale działał aż do samego Singapuru. Chyba wiedział, że to już koniec, bo umarł tuż za granicć i Sumatry nam nie policzył. 1 rok, 2 miesiące i 10 dni. Przejechanych 16 państw, w tym jeszcze ukraiński Krym, który już nigdy nie będzie taki sam, kazachskie stepy, gdzie każdy minuta jest taka sama, rosyjską tajgę w której żarły nas komary, pustynię Gobi biczującą nas piaskiem po twarzy, wdychaliśmy chiński smog, pchaliśmy rower po górach Korei i Japonii, a na koniec gotowaliśmy się w południowoazjatyckich tropikach. Wszystkie te wrażenia są bezcenne. Jeden dziadek w Rosji powiedział, że on nie pojechałby nawet jakby mu zapłacili milion dolarów. Oj, nie wiedział biedak co mówi. My poświęciliśmy całe nasze oszczędności. I potwierdzamy kilka życiowych banałów, na przykład ten, że żałuje się rzeczy, których się nie zrobiło, a nie odwrotnie i że najtrudniej zrobić pierwszy krok (reszta to jazda z górki) no i że wszystko co dobre kiedyś się kończy i według nas wtedy smakuje najlepiej. Dodamy też, że dużo frajdy sprawiała świadomość, że ktoś interesuje się tym, co tam u nas słychać. Tym razem to już jedno z ostatnich obwieszczeń, wracamy! Wylot dzisiaj, tj. 11.06 z Singapuru, przez Bombaj i Brukselę do Berlina. W Polsce będziemy już 12.06! Na zakończenie jeszcze cała wyprawa w skrócie, czyli kolejne pełne tysiące przejechanych kilometrów: 1. Ukraina, 2. Ukraina, 3. Rosja, 4. Kazachstan, 5. Rosja, 6. Rosja, 7. Rosja, 8. Mongolia, 9. Mongolia, 10. Chiny, 11. Korea, 12. Japonia, 13. Japonia, 14. Hong-Kong, 15. Chiny, 16. Wietnam, 17. Laos, 18. Tajlandia, 19. Tajlandia, 20. Tajlandia, 21. Malezja |














