Tandemem na Ukrainę


Zdjęcia na picasie. Wyjazd doszedł do skutku dzięki wygraniu konkursu "Wyprawa Crosso Classic 2011" (dostaliśmy tylne sakwy i worek od Crosso, przednie zasponsorował nam Urząd Miejski w Wągrowcu).

Przed wyjazdem nachodziły nas pewne wątpliwości co do podróży tandemem. Na tandemie nie można się pokłócić, tandem zwraca uwagę większości ludzi (może też tych złych), ma małe koła, więc jedzie się nim powoli i opony szybciej się ścierają. Poza tym na tych dwóch małych kołach spoczywać będzie ciężar około 160kg.

Podczas podróży zmienimy zdanie. Koła dają radę, a rozmiar naszego podwójnego roweru (i możliwość jego składania), nieco tylko dłuższego od zwykłego na dużych kołach, pozwala nam na wnoszenie go do mieszkania w bloku, czy kamienicy. Najważniejsze jednak jest to, że wywołuje uśmiech na twarzach wszystkich mijanych ludzi, rozwesela celników, policjantów i resztę potencjalnie groźnych osobników. Uwielbiają go dzieci, które często biegną za nami, żeby tylko na niego dłużej popatrzeć albo zrobić zdjęcie.

Tandem był więc dobrym pomysłem. Postanowiliśmy zrealizować nasz wcześniejszy pomysł pojechania rowerem na Ukrainę, która kojarzyła nam się z Czarnobylem, a także nieskażonym cywilizacją krajobrazem, gdzie na powierzchni prawie dwa razy większej  od Polski mieszka niewiele więcej ludzi niż w naszym kraju. I to również okazał się trafny pomysł. Nasza pierwsza tak długa wyprawa pozostawiła tylko poczucie niedosytu i tęsknoty za tym zielonym krajem, w którym nie wszystko jest poukładane tak jak  w Polsce, dzięki któremu możemy cofnąć się w czasie i gdzie nie wszystko zalane jest produktami zachodnich koncernów, a ludzie, choć często biedni, zdają się być szczęśliwsi pomimo codziennych trudów.


https://lh6.googleusercontent.com/-dL04B9AHRYE/Tk5-2ulNQ1I/AAAAAAAAB2c/PEU2H0b8spw/s1600/IMG_6373.jpg

W Polsce na krótko przed wyjazdem szykujemy rower. Trochę się boimy, że się połamie i będzie wstyd. Wymieniamy oryginalne stalowe koła na aluminiowe, oddajemy ramę do przyspawania kilku płaskowników, następnie do piaskowania i malowania proszkowego. Pomarańczowy kolor wyszedł trochę za żółty, za to 40-letni rower wyglądała jakby był nowy. Tandem dostaje nowe bagażniki i sakwy ufundowane przez Crosso i miasto Wągrowiec, więc całość robi schludne wrażenie. Nieco rzedną nam miny,     bo wygląda to wszystko za ładnie.

W dzień wyjazdu ubieramy koszulki, które dało nam miasto i wyruszamy spod wągrowieckiej fontanny na rynku, która tańczy, gra    i świeci każdego wieczoru. Moglibyśmy co prawda wsiąść w pociąg i zacząć pedałować z Przemyśla ale wszystkie nasze dotychczasowe wyprawy zaczynamy spod domu. Możemy wtedy powiedzieć, że dojechaliśmy do Kijowa rowerem.


https://lh3.googleusercontent.com/-NkYk4qTERpg/Tk5_Ruxi0oI/AAAAAAAAB3E/KMTW0L07JXo/s1600/IMG_6401.jpg

Podróż z Wągrowca do Dorohuska zajęła nam 8 dni (16-24.07). Spieszymy się trochę by jak najwięcej czasu spędzić na Ukrainie. Po drodze przejeżdżamy obok zalewu Jeziorsko, zahaczamy o Łódź, Puszczę Świętokrzyską, gdzie we znaki dają nam się podjazdy, a następnie przez Lublin i Chełm docieramy do granicy.


https://lh3.googleusercontent.com/-0-bs2SEoDQQ/Tk6AiCUUOMI/AAAAAAAAB5I/ia-3rLQHBHA/s1600/IMG_6487.jpg

Na Ukrainę wjeżdżamy pod wieczór. Trochę zdenerwowani mijamy ogromny sznur samochodów czekających w kolejce. Przejście nie jest dla pieszych ale my przecież jedziemy rowerem. Odprawa paszportowa po ukraińskiej stronie jest nieco skomplikowana przez dodatkowe pieczątki na specjalnej karteczce. Wszystko nas trochę przeraża, nic nie możemy zrozumieć aż w końcu za radą znajomego wkładamy 10 hrywien do paszportu i dalej idzie gładko. Noc spędzamy na podwórku u pierwszego gospodarza zaraz za przejściem. Jest trochę małomówny, a jego pies szczeka na nas całą noc ale tego dnia jesteśmy wdzięczni za kawałek bezpiecznego miejsca, na którym rozbiliśmy namiot.

Kolejny dzień. Pierwszy całkowicie na obczyźnie. Droga na Zabużżię wydaje się całkiem normalna i skierował nas na nią wielki znak. Po jakimś czasie pogoda się psuje i zaczyna padać. Jakby tego było mało asfaltowa droga zamienia się w brukową, a następnie polną, a deszcz zamienia ją w bagno. Trochę zaniepokojeni brakiem drogowskazów błądzimy od wioski do wioski pytając miejscowych o drogę.


https://lh5.googleusercontent.com/-Ls6Po5lFoto/Tk6ArlZkHvI/AAAAAAAAB5Y/4ZgSaVU3fo8/s1600/IMG_6491.jpg

Od wjazdu na Ukrainę krajobraz znacznie się zmienił. Po ulicach jeżdżą w głównie stare radzieckie auta (Łady, Wołgi i Moskwicze), choć po kiepskich wiejskich drogach więcej ludzi przemieszcza się starymi rowerami „Ukraina” i konnymi bryczkami. Pomimo ogólnej biedy ukraińskie domki są kolorowe, zawsze ozdobione kwiatowym ogródkiem, a ich mieszkańcy grzecznie mówią nam „dzień dobry”. Przy domku stoi studnia i ziemianka, wszędzie chodzi drób, a przy budzie śpi pies. Wszystko razem wywołuje niesamowite uczucie cofnięcia się w czasie.

W Zabużżi stajemy przy pierwszym sklepie. Od razu otacza nas grupka ciekawych ludzi, pytają skąd i dokąd jedziemy i chętnie napełniają nam butelki wodą. Wiejskie sklepy zawsze są wielobranżowe i bardzo rzadko samoobsługowe. Często jest to duży budynek choć w środku okazuje się, że towaru jest niewiele. Niestety nie można w nich kupić warzyw, często nie ma też nabiału (każdy ma tu swój ogródek i krowę) i dużego wyboru wędlin (z tymi należy uważać, raz skosztowaliśmy parówkę i źle się to skończyło). Butelkowana woda niegazowana jest niedostępna, ponieważ jak się później zorientowaliśmy każdy ma tu studnię z dobrą wodą. Dzięki temu możemy poprosić o napełnienie pustych butelek w każdej wsi (a przy okazji czasem dostajemy coś jeszcze). W sklepach jest za to dużo cukierków i ciasteczek, zawsze na wagę (bez mylących dużych pudełek). Warto dodać, że nie ma co kupować tych najtańszych, bo nie będą miały smaku. Zaopatrujemy się w ciemny chleb (1kg za 1zł), ser mix topiony (chyba),  mrożone pierogi na obiad, piwo i wędzoną rybę w całości jako przekąska. Koniecznie próbujemy kwas chlebowy prosto z beczki.


https://lh5.googleusercontent.com/-2gzq1uE9Bz0/Tk6AvX6hJAI/AAAAAAAAB5c/p2cnYeDXuTU/s1600/IMG_6492.jpg

Kierujemy się na Świtaź, miasteczko nad jeziorem o tej samej nazwie, zwane też ukraińskim Bajkałem (jest drugim największym jeziorem na Ukrainie). Docieramy tam późnym popołudniem, ostatecznie wydostając się z gąszczu polnych dróg na pewny asfalt. Jeziorko jest swojskie. Długa linia brzegowa, dużo trawy i dużo miejsca dla wczasowiczów. Co jakiś czas przejeżdża starsza pani na rowerze sprzedająca pączki. Woda jest chłodna i czysta, choć jest płytko. Teren wokół należy do Szackiego Parku Narodowego chroniącego aż 24 jeziora. Północna część Ukrainy jest bardzo wilgotna ale brakuje tu jezior, dlatego te tutaj cieszą się ogromną popularnością. Pod wieczór zaczyna padać deszcz, a my szukamy miejsca do spania. Kuszą nas małe drewniane domki z pokojami do wynajęcia. W Szacku pukamy do takiego, lecz właścicielka Nina żąda zbyt dużo. Ze śmiechem odmawiamy (chyba nas pomyliła z oligarchami albo bogatymi niemieckimi turystami) ale ona zastawia nam drogę i zaprasza na czaj. Miłej rozmowy nie widać końca, Nina smaży ziemniaki na słoninie i w końcu rozbijamy u niej namiot. Właścicielka zajmuje się wynajmowaniem domku turystom, sprząta na plaży w Świtaziu i uprawia ziemniaki wokół domu, którymi nas częstuje. Tego wieczoru zachodzą do niej jeszcze dwie rowerowe turystki ze Lwowa. Solomija zna dobrze język polski i zaprasza nas do siebie gdy będziemy w drodze powrotnej


https://lh3.googleusercontent.com/-a--pjIxCKno/Tk6A_nsWTGI/AAAAAAAAB50/No6E04xNWbI/s1600/IMG_6499.jpg

Następnego dnia ruszamy z Szacka na wschód. Nina ostrzega nas, że droga będzie zła, a tam nic prócz dzikiej głuszy nie ma.  Rzeczywiście droga prowadzi nas przez zapomniane wioski, a wokoło jak okiem sięgnąć niezagospodarowana przestrzeń (ziemi uprawiana kiedyś, leży teraz odłogiem). Co jakiś czas przejeżdżamy nad kanałem, których jest tu wiele. Ich sieć reguluje gospodarkę wodną, bez nich byłoby tu duże bagno. Na ogromnych łąkach pasą się krowy pilnowane przez młodych pasterzy. Na jeszcze innych łąkach trwają sianokosy, ręczną pracę wykonują całe rodziny za pomocą kos i grabi. Bardzo często mijamy wozy jadące z wielką kopą siana albo słomy skoszonej z maleńkiego poletka. Zdarza się, że całkiem spory kopczyk słomy jest niesiony na plecach przez jakąś staruszkę. Po drodze mijamy wioskę o znajomo brzmiącej nazwie Prypeć (niedaleko ma tu swoje źródła rzeka o tej samej nazwie - ta która dopływa do Strefy), a za nią skrzyżowanie z pierwszym znakiem drogowym na trasie (nie licząc tego przy granicy). W Mokrych po niemiecku woła nas pan Władysław. Ogromnie się cieszy i daje nam na drogę owoce i warzywa ze swojego ogródka. Zagaduje nas i zaprasza do domu. Tam częstuje słoniną i wódką. Władysław jest szczęśliwym człowiekiem, jedzenie produkuje sam i jak mówi pieniądze nie są mu potrzebne. Jest gorąco więc chodzi sobie boso. Po pewnym czasie dołącza się sąsiad. Władysław jest wesoły, jego żona wyjechała na jakąś pielgrzymkę z okazji ich rocznicy ślubu. Szykuje się grubsza uczta ale my po kilku kieliszkach serdecznie dziękujemy i wsiadamy na rower. Nie ujeżdżamy tego dnia daleko,  rozbijamy namiot  w lesie i struci alkoholem dochodzimy do siebie.


https://lh3.googleusercontent.com/-JL_sRi-O_6E/Tk6BmKSAGdI/AAAAAAAAB6w/AQkpK2U2ckk/s1600/IMG_6536.jpg

Następnego dnia dojeżdżamy do wsi Siedliszcze i skręcamy na południe do dużej trasy na Kijów. Na wschód nie prowadzi stąd żadna droga, którą nie balibyśmy się pojechać. Na tym potężnym obszarze królują rzeki Stohid, Styr i Horyń, prawe dopływy Prypeci. Jest tam niewiele dróg i jeszcze mniej mostów.

Dzień jest deszczowy. Nad naszymi głowami przechodzi pięć burz, więc zmarznięci i przemoknięci pukamy do przypadkowego domu. Okazuje się, że gospodarzami jest młode małżeństwo z dwójką dzieci Wanią i Tanią. Goszczą nas u siebie jak rodzinę i dają pyszną tradycyjną kolację i śniadanie (wszystko sto procent własnej produkcji). Na stole pojawiają się smażone na słoninie ziemniaki i mięso a także sałatka ze świeżych warzyw. Śpimy wszyscy w jednym pokoju, my w jednym łóżku oni we czwórkę na drugim. Rano jemy wspaniały kapuśniak, a po jedzeniu Olo zabiera dzieci na przejażdżkę tandemem po wsi. Są zachwycone. Wania jest głuchoniemy, rodzice rozmawiają  z min na migi (ale nie w języku migowym). Chłopiec z ciekawością ogląda nasze bagaże, szczególnie podoba mu się namiot, w którym bawi się ze swoim kotkiem. Niestety nie możemy mu go zostawić i łamiemy serce małemu Wani. Chcemy dać im pieniądze ale nie chcą o tym słyszeć. Po przyjeździe do Polski wysyłamy im nasz namiot aby choć trochę się odwdzięczyć.


https://lh5.googleusercontent.com/-a0BV7efbn9o/Tk6CoOMWe6I/AAAAAAAAB8g/4bEiPaPt5Vw/s1600/IMG_6579.jpg

Dużą drogą jedziemy przez trzy dni. Przez ten czas jedziemy prawie wyłącznie w lesie, a droga ciągnie się prosto na wschód w nieskończoność. Pedałowanie umila fakt, że droga jest wyremontowana przed Euro 2012 i póki co jest zamknięta dla dużego transportu z powodu prac wykończeniowych. Po trzech dniach docieramy wreszcie do Korostenia, gdzie mamy umówiony nocleg u Wadima (couchsurfing.org). Kolega jest zaskoczony, myślał że będzie gościł dwie dziewczyny (telefoniczne nieporozumienie, Aleksander-Aleksandra). Nie odmawia nam jednak noclegu, jest świadkiem Jehowy i zaprasza do mieszkania, które jest centrum świadków Jehowy w Korosteniu. Niestety jest dobrze zaopatrzony i ma materiały edukacyjno-propagandowe po polsku i musimy je oglądać do późna. Zmęczeni idziemy spać (w osobnych mieszkaniach). Podczas wizyty poznajemy znajomego Wadima, Siergieja. Okazuje się, że jest on przewodnikiem po Kijowie, wymieniamy się numerami telefonów i umawiamy na wycieczkę po mieście. Do stolicy stąd jest 150km ale my odbijamy na północ w stronę czarnobylskiej strefy.


https://lh5.googleusercontent.com/-_sdr8mONY4I/Tk6ESc1ZI6I/AAAAAAAAB-0/B-wGt-zAJuA/s1600/IMG_6679.jpg

W miarę zbliżania się do strefy krajobraz pustoszeje. Mały ruch, mało ludzi i opuszczone domki, mimo że jesteśmy ok. 100km od Czarnobyla. Rolnicze krajobrazy znikają, wjeżdżamy w las gdzie atakują nas hordy komarów na każdym postoju. Na koniec dnia docieramy do Radczy, ostatniej wioski na końcu Ukrainy. Zaraz za nią jest już Białoruś, a z prawej i lewej strony czarnobylska strefa. Jest sobota, może dlatego wszyscy chodzą tu pijani. Do biesiady zaprasza nas rodzina okupująca przystanek autobusowy. Zdaje się, że rzadko ktoś tu do nich zajeżdża, bo cieszą się niezmiernie i nie mogą nadziwić. Chcą żebyśmy mówili coś po polsku. Są bardzo weseli ale ledwo stoją na nogach i nie dajemy się wciągnąć do wspólnego picia wódki, bo boimy się trochę tej dziwnej wioski. Tej nocy komary obsiadły nasz namiot tak, że zmienił kolor. Najgorsze było wyjście za potrzebą. Komary nie wybrzydzały i zaciekle kąsały nasze tyłki.


https://lh5.googleusercontent.com/-8kuv5vTuo8w/Tk6F9OBq3fI/AAAAAAAACBQ/qDuB00O2fUc/s1600/IMG_6751.jpg

W niedzielę rano ruszamy w stronę Kijowa. Nagle za zakrętem pojawia się punkt kontrolny ze szlabanem i mimo wczesnej pory zatrzymują na żołnierze. Droga zahacza o strefę i trzeba mieć przepustkę, żeby tu wjechać. – Nie przejedziecie tędy – powiedział pan w mundurze – to jak będzie? – dodał po chwili ciszy z naszej strony. Dajemy mu paszporty do kontroli, a w nich 20zł (hrywny nam się już skończyły). Puszcza nas na własne ryzyko, zakazuje robienia zdjęć i zbaczania z główniej drogi. Ta wiedzie tuż przy wysiedlonym mieście Poliske. Wygląda ponuro, nie mamy licznika Geigera ale nie możemy się powstrzymać od wejścia na teren opuszczonej szkoły i kilku innych budynków. Przekraczamy rzekę Uż. Z mostu roztacza się widok na dziką głuszę. Przynajmniej 70 km od nas stoją szczątki elektrowni. Żałujemy, że nie mamy więcej czasu na zwiedzenie tego obszaru z przewodnikiem. Za mostem na zakręcie pojawił się drugi szlaban. Zapomnieliśmy, że zawsze są dwa punkty kontrolne. Musimy się tłumaczyć, dlaczego tak długo jechaliśmy ten kawałek. Wyjaśniamy, że wszystkiemu winne są małe kółka.


https://lh6.googleusercontent.com/-2ZL9OG-YC44/Tk6F9WA6pVI/AAAAAAAACBU/0Gm846-QCsk/s1600/IMG_6753.jpg

Czterdzieści kilometrów dalej, niedaleko miejscowości Iwanków, na drodze pojawia się mała ruda kuleczka. Okazuje się nią szczeniaczek. Jest bardzo wygłodniały, dopada naszą sakwę z jedzeniem, a nam miękną serca. Postanawiamy znaleźć mu dom, tymczasem kupujemy rowerowy koszyk na kierownicę żeby piesek mógł podróżować razem z nami. Tego dnia docieramy nad zalew kijowski, który jest małym morzem. Nie jest słony ale za to nie widać drugiego brzegu i woda jest przyjemnie ciepła. Korzystamy tu z kąpieli i przy okazji myjemy też zapchlonego kundelka.


https://lh4.googleusercontent.com/-QsZ7M19gezA/Tk6G7NOl2DI/AAAAAAAACCc/1a8TUfXKk6Y/s1600/IMG_6791.jpg

Dojeżdżamy do Kijowa pierwszego sierpnia. Z psem. Pies wszystkim się podoba, jednak nikt go nie chce, bo jest mały i zwyczajny. W poszukiwaniach kempingu przejeżdżamy całe miasto, niestety kemping istniał tylko na mapie. Dzwonimy po pomoc do znajomej, która znalazła dla nas mieszkanie (niestety musimy za nie trochę zapłacić). Jak na ironię, lokum znajduje się dokładnie w miejscu, w którym wjeżdżaliśmy do Kijowa od północy. Jesteśmy przez to zmuszeni do zrobienia kółka wokół nowej i nieciekawej części miasta, które nie jest stworzone dla rowerzysty (duże ulice, duży ruch i wysokie krawężniki). Jakby tego było mało, na jednej z ulic goni nas horda bezpańskich psów, które mały szczeniak zaczepił swoim piskliwym szczekaniem.


https://lh3.googleusercontent.com/-p6Bs4c1JOmM/Tk6HuNokyqI/AAAAAAAACDM/IIBzGaXutUk/s1600/IMG_6817.jpg

Następnego dnia udajemy się na zwiedzanie Kijowa. Nie mamy dokładnej mapy, a w mieście nie ma centrum informacji turystycznej, więc błądzimy sobie po uliczkach. Stara część Kijowa znajduje się na wzniesieniu, obok którego przepływa Dniepr. Widok z góry jest wyjątkowy, ponieważ wszędzie dookoła jest płasko. Docieramy do pomnika B. Chmielnickiego, gdzie wypisujemy kupione wcześniej pocztówki, a turyści robią sobie zdjęcia z naszym rowerem i psem. Następnie udajemy się na ulicę Chreszczatyk, która jest wizytówką Kijowa. Jemy pyszne lody włoskie za równowartość 2,5 zł i czekamy na wcześniej poznanego Siergieja. Gdy się zjawia, idziemy na pieszą wycieczkę po centrum. Siergiej pokazuje nam pomnik kniaziny Olgi, a także fontannę spełniającą życzenia, ale tylko tym, którym uda sie przykleić na wodę monetę do jej płaskiego elementu. Niedaleko fontanny starszy pan gra na bandurze, tradycyjnym ukraińskim instrumencie, przypominającym gitarę. Zwyczajowo tylko mężczyźni mogą grać na bandurze. Po przejściu przez kilka placów z cerkwiami i pomnikami, których w Kijowie jest wiele, docieramy do parku z fantazyjnymi rzeźbami z bajek dla dzieci. Jest on położony na sporym wzniesieniu, z którego rozpościera się ładny widok na całe miasto i przepływającą rzekę. Warto było tu przyjść.


https://lh4.googleusercontent.com/-Daj4Um-_NzY/Tk6I6u9TpUI/AAAAAAAACFM/VZwsiSqXjs8/s1600/IMG_6883.jpg

Pod koniec dnia idziemy do restauracji w centrum na ukraińskie pierogi (warenki). Ochrona pozwala nam wejść z psem, a pani ze sklepiku przy wejściu obiecała, że będzie mieć oko na rower, do którego nie mamy zapięcia. Przed wejściem jakiś fotoreporter robi zdjęcia, jak powiedział "unikalnego welosypiedu, który zjawił się w Kijowie". Niestety nie przeprowadził z nami wywiadu. Ukraińskie warenki to pierogi, najczęściej z ziemniakami, ziemniakami i twarogiem, mięsem lub owocami (np. wiśniami). Za talerz pierogów i szklankę kompotu płacimy równowartość jedynie ok. 7zł. Po drodze do mieszkania łapie nas wielka ulewa, która zmienia niektóre ulice w rwące potoki. Woda miejscami zakrywa niemal całe koło od naszego tandemu.


https://lh3.googleusercontent.com/-PRZWZ3HLhk8/Tk6I8TgHNuI/AAAAAAAACFQ/jS0UhwB05bs/s1600/IMG_6890.jpg

Po dwóch dniach pobytu, wyjeżdżamy ze stolicy. Olo przekłada opony z przodu na tył (tylna mocno sie zużyła). Ogólnie rower działa bez zarzutu, a to dzięki dobremu przygotowaniu w czerwonackim serwisie rowerowym bike-man.pl. Drogę z Kijowa do Lwowa planujemy pokonać małymi drogami, ponieważ jazda tymi dużymi to strata czasu. Małe drogi często są marnej jakości, czasem gruntowe (choć na mapie zaznaczone jako istotne drogi lokalne), czasem nieprzejezdne z powodu ogromnych kałuż. Ale warto się pomęczyć, by zobaczyć Ukrainę z bocznej drogi, porozmawiać z życzliwymi ludźmi lub nawet dostać czasem kawał słoniny, torbę jabłek, czy butelkę mleka.


https://lh3.googleusercontent.com/-7pIndqG0Vh8/Tk6Jb2C9KfI/AAAAAAAACGA/kUmWoNlkfHI/s1600/IMG_6925.jpg

Od wyjazdu  Kijowa jedziemy przez nieco monotonne tereny rolnicze. Zmierzamy na zachód, więc popołudniami razi nas słońce. Mijane miejscowości są podobne do siebie. Każda ma pomnik ukraińskiego partyzanta, w prawie każdej główna ulica to ul. Lenina, a większe mają jeszcze jego pomniki. Ciekawostką jest opuszczone wesołe miasteczko z diabelskim młynem, które wypatrujemy w Teofipolu.


https://lh3.googleusercontent.com/-F2P2eVib1rk/Tk6KRK6M_8I/AAAAAAAACHY/lrG0erXChH4/s1600/IMG_6964.jpg

W Laniwci zaszczepiliśmy psa i zrobiliśmy mu zdjęcie do psiego paszportu. Postanowiliśmy bowiem zabrać go do domu. Rozbijamy się nad jeziorem gdzie zamieniamy słowo ze staruszkami urodzonymi jeszcze w międzywojennej Polsce. Następnego dnia długo czekamy na weterynarza, by dopełnić formalności. Ruszamy dopiero po 14, dlatego zajeżdżamy niedaleko za pobliski Zbaraż,  gdzie zwiedzamy zamek znany z „Ogniem i Mieczem”. W trakcie jazdy zauważamy, że od jakiegoś czasu z krajobrazu zniknęły ładne drewniane domki, ale mamy nadzieję że jeszcze się pojawią.


https://lh5.googleusercontent.com/-EiS1tP3scHQ/Tk6K5BaOYeI/AAAAAAAACIY/MHDj8HNR-TI/s1600/IMG_6994.jpg

Następne dni zmagamy się z pofałdowanym terenem i jedziemy praktycznie bez pedałowania - pod górkę rower pchamy, a z górki po prostu zjeżdżamy. Ostatecznie udaje nam się dotrzeć  do Lwowa. Warto było tak się męczyć, ponieważ to najładniejsze miasto, jakie do tej pory widzieliśmy. Dodatkowo nie jest zbyt duże, więc wjazd nie jest uciążliwy, a całe centrum można spokojnie obejść pieszo. Śpimy u Soli, którą poznaliśmy drugiego dnia na Ukrainie w Szacku. Sola także jest podróżniczką (nie tylko rowerową), dlatego wie jak nas ugościć i czego nam trzeba (prysznic, ciepła herbata, jedzenie, miejsce do spania). Dodatkowo dowiedziała się, gdzie możemy załatwić wszystkie formalności, jakie trzeba dopełnić, by przewieźć psa przez granicę (wszczepić chip i zdobyć świadectwo zdrowia).


https://lh5.googleusercontent.com/-G0BK8TLFIyE/Tk6LTUHhxiI/AAAAAAAACJA/WYodXnRVGCk/s1600/IMG_7008.jpg

Prawie cały Lwów wygląda jak starówki polskich miast. Wszędzie są stare kamienice, zabytkowe kościoły, klasztory, cerkwie, pałace i mury obronne. Gdzieniegdzie można dojrzeć stare polskie napisy. W centrum praktycznie nie widać żadnych socjalistycznych i współczesnych budowli, czy pomników. Jest za to wielu turystów, także z Polski. Przy okazji pieszego zwiedzania miasta, załatwiamy też psie formalności. Nie przysparza nam to problemów, bo miejscowi rozumieją po polsku, o co trudniej było w Kijowie.


https://lh6.googleusercontent.com/-KwXHi-uU3sQ/Tk6MYgZpG-I/AAAAAAAACKw/MKVG28japuo/s1600/IMG_7046.jpg

Niestety ze Lwowa do Polski jest rzut kamieniem i drogę do granicy przejeżdżamy jednego dnia. Na przejściu ponownie mijamy sznur samochodów i jesteśmy odprawiani poza kolejką.  Wyjeżdżamy trochę z żalem. Ukraina wbrew ostrzeżeniom okazała się bardzo przyjaznym krajem, nie spotkało nas tu nic złego (oprócz starej parówki w sklepie). Samochodów jeździło niewiele, a kierowcy zawsze zachowywali bezpieczny odstęp. Drogi bywały nieco gorsze lub znikały, a mapa nie zawsze odzwierciedlała rzeczywistość, ale za to podróż była ciekawsza i można było porozmawiać z miejscowymi ludźmi.


https://lh3.googleusercontent.com/-7lWePTEn5zc/Tk6NDFnco6I/AAAAAAAACLw/GJR56eFuZ4s/s1600/IMG_7070.jpg

Niestety wolne dni nam się kończą i do Poznania musimy wrócić koleją. Zajeżdżamy jeszcze do Zamościa, gdzie zwiedzamy miejską twierdzę i starówkę. Miasto jednak w porównaniu do Lwowa wypada blado. Pociąg mamy z Łańcuta, więc po drodze jedziemy przez Roztoczański Park Narodowy, gdzie zażywamy orzeźwiającej kąpieli w Wieprzu, a wieczorem docieramy na dworzec.

Relacja ukazała się w numerze 5/2012 miesięcznika podróżorowerowego rowertour.

powrót