Puma


Było to w czasie naszej tandemowej podróży na Ukrainę, dokładnie 31. lipca 2011, w urodziny Inki. Dookoła rozległa, bezludna głusza. Mała ruda kuleczka przebiegła przez ulicę. Początkowo pieseczka była nieufna, ale wiedziona zapachem żółtego sera, przełamując swój strach, przyczołguje się do sakwy z jedzeniem. W mig połyka kawał sera, nie gardzi też ciasteczkami. Klapiące uszko i focze oczka tak nas rozczuliły, że postanawiamy znaleźć dla niej nowy dom. Tymczasowo dostaje imię Sobaka (czyli po rosyjsku pies). Mimo to, że jest niedziela, udaje nam się kupić koszyk i odtąd zyskujemy towarzysza podróży. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, tego dnia nocujemy nad jeziorem i Sobaka ma okazję prawdopodobnie pierwszy raz w życiu wziąć kąpiel z mydłem i pozbyć się choć części dokuczliwych pcheł.



Pies ma dużo brzydkich przyzwyczajeń z samotnego życia w lesie, o których wolimy się nie rozpisywać. Wieczorem Sobaka trafia do swojej budy z koszyka, jednak pod osłoną nocy cichutko wpełza do namiotu i nad ranem smacznie śpi wtulona w szyję Olo. Tego było już za wiele! Przecież nie możemy przyzwyczaić go do siebie, a później oddać w nieznane ręce. Po drodze pytamy ludzi, czy nie wezmą takiego ślicznego szczeniaczka. Ale mimo tego, że wszystkim się podoba, nikt nie chce go przygarnąć. Wzięciem cieszą się tylko te duże i groźne psy broniące podwórka, na jakiego nasza Sobaka nigdy nie wyrośnie. Jest co najwyżej zaczepnym kundlem, co nie pomaga nam przy spotkaniach z niebezpiecznymi, bezpańskimi psami w Kijowie. Nie dość tego, ma krótkie łapy i gdy puszczamy ją luzem, nie nadąża za rowerem. Mimo to, miękną nam serca, gdy widzimy, że w tą pogoń wkłada całą swoją malutką siłę, a jej oczka mówią "Nie zostawiajcie mnie!".



Dni mijają, a psa jak nikt nie chciał, tak nikt nie chce. A nawet jakby chciał, to teraz już jej nie oddamy. Jedzie z nami do domu. Sobaka idzie do fotografa, następnie do weterynarza po paszport i szczepienia. Nie jesteśmy cały czas pewni, czy przejdzie kontrolę graniczną. Na samej granicy było tak: celnik spojrzał na nią groźnie, ale szybko uległ sympatycznej mordce Sobaki i szczęśliwi w komplecie wjechaliśmy do Polski.



Teraz mieszka z nami i miewa się dobrze. Ma podwórko, na którym kopie doły i chowa w nich kości. Szczeka na psy sąsiada i na samego sąsiada też. Goni kota, z którym dzieli miskę. Nadal lubi jeździć w koszyku, uwielbia z nami biegać (nie tylko po podwórku), pływać w jeziorze, a nawet w kajaku.


Kundel bury, fajny pies!



P.S. Klapiące uszko wyprostowało się po paru dniach. Najprawdopodobniej było wynikiem odwodnienia organizmu.