Aktualności‎ > ‎

Zwiedzając Kioto

opublikowane: 20 gru 2013, 17:42 przez eferde   [ zaktualizowane 17 lip 2014, 04:13 ]
20.12.2013, Shizuoka, Japonia

Pisaliśmy ostatnio o trzech dniach w Kioto, tyle tylko, że gdy to pisaliśmy, nie wiedzieliśmy jeszcze, że tego samego dnia 20 metrów za domem strzeli rurka od ruskiej przyczepy i ze zwieszonymi głowami zawrócimy z powrotem pod dach domu Shigeru.

Dni w Kioto wspominamy bardzo mile, z uśmiechem na twarzach. Zwykle jest tu tak, że ludzie zajęci są sobą i nie mają chwili wolnego na jakieś kawki i pogaduchy z jakimiś tam podróżnikami. Sytuacja jest odwrotna, gdy zapraszają gości do domu, a zwłaszcza takich na rowerach z zagranicy. Tak więc pierwsza noc przesiadujemy prawie całą na opowiadaniu przebiegu naszej trasy, którą ojciec Shigeru, z wykształcenia geograf, skrzętnie rozrysowuje w swoim prywatnym atlasie długopisem, dodatkowo zaznaczając odblaskowym mazakiem odcinki pociągowe (Kazachstan) i zakreślając większe miasta w kółka. Gdy zasiadamy w jadalni z całą rodziną, pyszne naleśniki okonimiyaki (w sumie placki cebulowo-ziemniaczane) smażą się przed nami, na specjalnym palniku na środku stołu. Fajnie że pani domu, Junku, nie musi stać cały dzień przy garach gotując kolację, tylko robimy ją wspólnie i zjadamy na bieżąco. Placki są tak pyszne, że od razu zjedlibyśmy wszystkie, ale z tego co zaobserwowaliśmy, należy jeść je bardzo powoli i jakby z niechęcią, wręcz podziubać tylko i zostawić. Może to jest tak grzecznie po japońsku? My męczyliśmy się strasznie, ale gdy zjadaliśmy za szybko, Junku nakładała nam następnego, przez co kogoś innego omijała kolejka. Generalnie więcej się gada niż je, więc kolacja trwa dobre kilka godzin i kończy się późno w nocy.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/zwiedzajackioto/IMG_8643.JPG

Rano ruszamy rowerami z Shigeru i jego synem, Akirą, na objazd najważniejszych świątyń i zamków. Zaczynamy od takiej buddyjskiej na wzniesieniu, z której widać miasto, tego dnia dość niewyraźne, co nie odstrasza wcale turystów z aparatami. Oczywiście nie brakuje świątynnych sklepików, gdzie można kupić sobie szczęście (sic!) w wybranej dziedzinie życia (rodzina, finanse, samopoczucie, edukacja, itd.):


https://lh6.googleusercontent.com/-eE_LuEMhsbI/Ur_8m-JHdtI/AAAAAAAAKQc/1lCqYC0Ii0E/s1600/IMG_8705.JPG

czy fontanienki z wodą zapewniającą długie życie itp.


https://lh5.googleusercontent.com/-gVQTRQAjG6E/Ur_8mvaTryI/AAAAAAAAKQY/dgn66XCpI7Y/s1600/IMG_8695.JPG

Kolejnym przystankiem był zamek (pałac) cesarski, który różnił się od wszystkich innych zamków, które dotąd widzieliśmy w Japonii. Oczywiście nie trzeba dodawać tego, że kompletnie różnił od zamków z naszej części świata. Generalnie w środku jest pusto. Z długiego korytarza zaglądamy do poszczególnych sal, wyłożonych matami tatami. Tu sala do przyjmowania posłańców, tu sala do narady z shogunami, tu sala do picia herbaty, tu taka, a tam taka. Dla nas wszystkie wyglądają tak samo (puste przestrzenie, maty tatami i malunki na ścianach), co nie znaczy, że nam się nie podobało. Ciekawym szczegółem jest to, że drewniana podłoga w korytarzu skrzypi i nie jest to przypadek, czy niedociągnięcie, a specjalny projekt. Chodzi o to, żeby nikt nie mógł się czasem zakraść i dokonać zamachu na cesarza. Każdy krok jest słyszany z daleka. Kolejna świątynia była cała ze złota (no, cała obłożona złotą folią) i miała bardzo ładny stawek z drzewami bonsai na malutkich wysepkach.


https://lh6.googleusercontent.com/-QbeFIHi8RHY/Ur_8_Rh93UI/AAAAAAAAKRw/RlzJ2Z4KugU/s1600/IMG_8737.JPG

Ale najbardziej niecodzienny i tak pozostaje ogród kamieni, przy kolejnej świątyni. Zaskakuje nawet bardziej, niż puste sale zamkowe. Kto i jak mógł na to wpaść w tamtych czasach ("ogród" liczy sobie kilkaset lat)? Co mu siedziało w głowie? Główną zagadką/atrakcją ogrodu jest to, że patrząc z lewego końca na prawo widzi się 14 dużych kamieni, a z prawego końca patrząc na lewo jest ich już 15. Po prostu jeden jest schowany za drugim, ale dla Japończyków to niesamowita filozofia i głębia.


https://lh4.googleusercontent.com/-hW3l5cXSvsg/Ur_9GTCf-4I/AAAAAAAARq0/jI6nWjrdSoc/s1600/IMG_8772.JPG

Wracając do domu jesteśmy pewni, że wszystko co się tyczy naszej podróży zostało już powiedziane, ale już od progu czeka na nas ojciec Shigeru z wydrukowaną całą naszą stroną (inka-olo.pl). Zaintrygowany jest działem współpraca/sponsorzy. Najwyraźniej robi to na nim wrażenie, pewnie wyobraża sobie, że jesteśmy jakimiś polskimi podróżniczymi wygami, a on nas naleśnikami przyjmuje;-) Uspokoiliśmy go, bo naleśnikowa kolacja bardzo nam smakowała, ale kolejny raz rozmów nie widać końca. Zwłaszcza, że następnego dnia na zwiedzanie ruszamy sami. Ojciec Shigeru w podobny sposób jak poprzednio, zakreślił trasę objazdu zabytków Kioto na kilku mapach o bardzo dobrych skalach i w przewodniku. Dla pewności powtórzył wszystko kilkakrotnie i wyraźnie poprawił długopisowe bazgroły kolorowymi mazakami, byśmy się nie zgubili (nie żebyśmy mieli już za sobą pół Azji, w większości mniej cywilizowanej niż Japonia).


https://lh6.googleusercontent.com/-K5dIhTsutsE/Ur_9jlFoq2I/AAAAAAAAKTg/frPEg1l_5-c/s1600/IMG_8891.JPG

Biedak nie wiedział, że na wszystkie nie starczy nam czasu, zwłaszcza, że się trochę pogubiliśmy:-P Tamtego dnia zdążyliśmy zaliczyć jedynie świątynię tysiąca Buddów (warto!), znany bambusowy lasek i wejścia do kilku innych pomniejszych świątyń. Trzeciego dnia Olo pojechał z Shigeru pociągiem do chińskiej ambasady w Osace, po paszporty z wizami. Chcieliśmy po nie pojechać rowerem (50km), co byłoby trochę nie po drodze, ale naszym gospodarzom takie rozwiązanie nie mieściło się w głowie (przecież już byliśmy w Osace, a z Kioto to za daleko, żeby tam jechać rowerem). Początkowo Olo miał sam wsiąść w ten pociąg, ale cztery przesiadki (przypominamy: odległość jedynie 50km, czas jazdy mniej niż godzina) w trzeciej co do wielkości metropolii w Japonii byłyby zbyt trudne. Może nie niemożliwe, ale zajęłoby to więcej czasu niż godzina i groziło spóźnieniem do ambasady. Nie trzeba dodawać, że byliśmy zawstydzeni hojną japońską gościną, bo oprócz domowego ciepła i zorganizowania tam czasu (nie mieliśmy okazji się nudzić), to dostaliśmy na drogę kupę jedzenia, nowe tyczki do namiotu, pałeczki i wachlarze na pamiątkę, czy darmową naprawę naszej styranej przyczepki.


https://lh6.googleusercontent.com/-SrWOWVwSJCc/Ur_9ruzIi7I/AAAAAAAAKT8/0bdPSoWlL-o/s1600/IMG_8949.JPG