Aktualności‎ > ‎

Z UU do UB, czyli z Rosji do Mongolii

opublikowane: 26 sie 2013, 18:46 przez eferde   [ zaktualizowane 13 lip 2014, 10:12 ]
27.08.2013. Ułan Bator, Mongolia

Nie dodaliśmy ostatnio, że zdjęcia i post stworzyliśmy dzięki uprzejmości młodej Buriatki pracującej w pocztowej kafejce internetowej. Bez problemu udostępniła nam swój komputer administratora, na który skopiowaliśmy fotografie z aparatu. Cała operacja trwała ze cztery godziny. Szybko uciekliśmy z miasta, za którym już na dobre skończyły się drzewa i rozciąga się pagórkowaty step. Za Ułan Ude skręciliśmy do słynnego Iwołgińskiego Dacanu, czyli świątyni buddyjskiej, centrum rosyjskiego buddyzmu. Na końcu drogi, tuż przed ścianą wzgórz z daleka widoczny jest barwny klasztor. Oglądany z bliska wydaje się być nieco skomplikowany. Błądzimy trochę pomiędzy domkami mnichów. Podglądamy krowy, które łażą wszędzie i wyjadają ryż, tradycyjnie sypany pod posążkami Buddy i innymi świętymi instrumentami. Niestety nie udało się załatwić noclegu u mnichów, ale jeden z nich pokazuje całkiem przyjemne miejsce przy źródełku z wodą leczącą choroby oczu, tuż za klasztorem. Nad ranem ruszamy na zwiedzanie. Przy samym wejściu rozłożeni sa sprzedawcy buddyjskich pamiątek. W głównym budynku przechowywany jest lama Daszi Dordże Itigielow, którego ciało spoczywa w pozycji lotosu i nie ulega rozkładowi od 1927 roku!



Do świątyni z lamą nie tak łatwo się dostać, nam jednak się to udaje. Z dacanu droga prowadzi nas do Gusinoozierska, do którego docieramy powoli, bo pod wiatr. Zjeżdżamy nad całkiem spore jezioro. Woda jest przejrzysta i ku naszemu zaskoczeniu niemal tak ciepła jak w wannie (chyba przez stojącą nieopodal ciepłownię). Siedzielibyśmy tak w niej w nieskonczoność, ale robi się ciemno, a brzeg jakiś taki nieciekawy. Szukamy długo miejsca na namiot na przydomowych ogródkach, które znajduje się dopiero na samym końcu miasteczka. I dobrze, bo miejscowe żule natrętnie prosiły nas o drobne i zrobiło się jakoś tak niefajnie. Nastroje poprawia nam gospodarz, który częstuje płodami swojego ogrodu, mlekiem i wrzątkiem. Niestety przynosi też złe wieści o nadciągających deszczach, które okazały się być prawdziwe i następnej nocy pada całkiem mocno. Nowy namiot Kwiatka przecieka, więc biedak ma mokry śpiwór. W dodatku kończą się zapasy jedzenia, a wokół nas żadnej miejscowości. Ruszamy się niechętnie, deszcz się wzmaga, więc całkiem przemoczeni pedałujemy żeby nie zamarznąć. Spędzamy dużo czasu w jedynym kafe i wydajemy tyle samo kasy na litry herbaty i gorące zupki. Zza chmur na szczęście wychodzi słońce i można wysuszyć mokre ciuchy, namioty i śpiwór.



Rosję od Mongolii oddziela pasmo górskie. Na przełęczy ukazuje się rozległy i fantastyczny widok na mongolskie stepy i wzgórza. Granicę jak zwykle przechodzimy błyskawicznie. Od razu czujemy różnicę. Mongolski pogranicznik bawi się bronią i udaje że strzela w koleżankę. Dopada nas armia cinkciarzy z mongolskimi tugrikami na wymianę, ale nie znamy kursu, więc po podobno gorszej cenie wymieniamy kasę w banku. Wiedzieliśmy, że Mongolia jest ładna ale i tak przerosła nasze oczekiwania.



Jest przepięknie i dziko. Wiele ludzi żyje tu jeszcze w zgodzie z naturą, jeździ na koniach, hoduje i je barany, śpi w jurtach, które idealnie wpisują się w surowy krajobraz. Do tych małych, białych domków nie prowadzi zwykle żadna droga, więc na początku możemy im się tylko przyglądać z daleka.



Mongolia jest pierwszym krajem, w którym musimy tłumaczyć wszystko na migi i rysując obrazki na kartkach, dlatego pierwszego Mongoła mówiącego po angielsku nie puściliśmy zanim nie stworzył nam mini-słowniczka z podstawowym zwrotami i wskazówkami dotyczącymi wymowy. Nie pamiętamy jak brzmało jego mongolskie imię, ale po polsku byłoby to Słoneczna Niedziela, bo imiona mongolskie tak jak i kazachskie mają znaczenie. Spotykamy kilku Mongołów mówiących po czesku, ale największe zaskoczenie wywołał pan Zagar, do którego zapukaliśmy całkiem przypadkowo, szukając miejsca na namiot. Gdy wypowiedzieliśmy słowo Polsz (Polska) zawołał "dzień dobry!" i uściskał jak rodaków.


Temudżin, Inka i Zagar

Okazało się, że jeździl wiele lat do Kalisza i dawał lekcje wschodnich sztuk walki w więzieniu. Nie musimy rozkładać naszych namiotów, bo możemy spać w jurcie. Co prawda byliśmy zapraszani do domu, ale jednak nie co dzień zdarza się okazja noclegu w tradycyjnym mongolskim przenośnym domku. Nie było aż tak surowo, w środku był telewizor z kablówką i przed spaniem obejrzelismy sobie parę odcinków Jasia Fasoli na rosyjskim kanale. Następnego dnia pojawia się jeszcze sporo polskich akcentow. Spotykamy grupkę leśników na rowerach, którzy przylecieli tu z Elbląga, oraz pana Krzysztofa, tirowca z Sieradza. W Ułan Bator znajdujemy nocleg w katolickiej misji, zarządzanej przez księdza z Korei, ale jest tu też Justyna, bez której pomocy nie czytalibyście tego posta. W mieście spędzimy trochę czasu, bo wyrabiamy tutaj chińskie wizy, co proste nie jest, więc pewnie jeszcze coś z UB napiszemy.