Aktualności‎ > ‎

Xin chao Viet Nam!

opublikowane: 11 lut 2014, 00:54 przez eferde   [ zaktualizowane 18 lip 2014, 07:57 ]
11.02.2014, Thanh Hoa, Wietnam

Słońce grzeje, ludzie zaraz bardziej uśmiechnięci i weseli. W dodatku jakoś tak kolorowo. Pozostałości francuskiego kolonializmu widać od razu w fikuśnych projektach domów, drewnianych okiennicach, w chrupiącej skórce bułeczek i w prawdziwych kawiarniach.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post-1/IMG_1284.JPG

https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post-1/IMG_1618.JPG

Trwają obchody Nowego Roku, co tutaj nie kończy się na jednej kolacji i hucznej balandze. Białe kołnierzyki, marynary, odświętne kiecki, hamaki, festyny, festiwale i tradycyjne obrzędy trwają w najlepsze. Jedziemy sobie małą dróżką. W oczy rzucają sie napisy na tablicach i szyldach, których nie rozumiemy, ale w końcu można je chociaż przeczytać, można zapytać o drogę! Miasta i wioski ciągną się wzdłuż jezdni. W pierwszym za granicą próbowaliśmy coś zjeść, popróbować, ale nie było to takie łatwe, bo cena jest wyciągnięta z kapelusza. Banany, które w Chinach można było dostać za 70groszy za kilo i były naszym głównym pożywieniem, tu (oczywiście tylko dla nas) mają cenę 10-krotnie wyższą. Zjadamy dziwnie drogiego sajgonka (1.50zł/sztuka) i już tęsknimy za chińskimi dziaodzami (pierożkami). Trochę smutni i głodni zadowalamy się naprawdę przepięknymi widokami wzdłuż drogi. Po dwóch dniach kończą się góry i jakiekolwiek miejsce na namiot, juz nie wspominając nawet o takim ustronnym miejscu na toaletę. Zabudowania i pola ryżowe ciagną się bez końca. Mnóstwo ludzi. Wszyscy już od początku Wietnamu pozdrawiają nas głośnym "hello"! na co my odpowiadamy to samo, tylko w ich języku: "xin chao!". W zatłoczonych miastach czasem tylko pomachamy ręką. Odkrywamy też, że magicznym zaklęciem jest zdanie: "jesteśmy z Polski" i zanim kupimy cokolwiek, zawsze czarujemy nim sprzedawcę Jeśtemy dopiero tydzień w Wietnamie, ale na herbacie i poczęstunku u Wietnamczyków byliśmy już dużo więcej razy niż przez ostatnie parę miesięcy w innych krajach. Raz usilnie proszeni zostajemy aż na dwa dni.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post-1/DSC01162.JPG

https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post-1/IMG_1982.JPG

Trwa festiwal noworoczny. Cała wioska zbiera się i idzie w pochodzie do świątyni buddyjskiej. Starsi, ubrani w tradycyjne stroje idą przodem. Na miejscu składaja ofiary z jedzenia, wspólnie popijamy herbatkę i zajadamy ciasteczka noworoczne. Oczywiście takie co przynoszą szczęście. Stamtąd procesja wraca na miejsce festynu i zaczyna się zabawa.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post-1/IMG_1788.JPG

Są walki kogutów, są szachy, jest wielka bambusowa huśtawka, na której na stojąco huśtają się dwie osoby. I to nie tylko dzieci, a przede wszystkim ci starsi, nawet babcie i dziadkowie. Dodamy, że to bardzo tradycyjna konstrukcja, zbudowana bez użycia gwoździ, kołysała się w różne strony, a mocno się bujając można było wznieść się na jakieś pięć metrów ponad ziemię!


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post-1/IMG_1733.JPG

Najważniejszą i najbardziej oczekiwaną konkurencją było jednak noworoczne łapanie kaczki w stawie, bo za wygraną można było zgarnąć trzy miliony dongów! Stawek głęboki, trzeba umieć pływać, a niewielu Wietnamczyków zna tą sztukę, a jeszcze mniej zna ją w stopniu zaawansowanym. Dlatego decydując się wziąć udział można być pewnym, że gdy się zaczniesz topić, nikt ci nie pomoże. No chyba że z łódki. Do konkursu usilnie namawiany staje nikt inny, jak absolwent poznańskiej AWF: Olo! ALEEKSANDEEERRR krzyczy pan z mikrofonem i cała wioska też. Zdaje się że to wydarzenie wpisze się na stałe do historii tutejszej społeczności. Nie ważne jest to, że kaczki w stawie nie da się złapać, bojest zbyt cwana, liczy się dobra zabawa.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post-1/IMG_1937.JPG

https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post-1/IMG_1971.JPG

Po milionie zdjęć z każdym i wielkim poczęstunku powoli zbliżamy się do Hanoi, które podobnie jak japońskie miasta, nie ma wyraźnej granicy, a otoczeni zabudowaniami jesteśmy już od kilku dni. Wietnam jest mniej więcej tak duży jak Polska, jednak mieszka tu 90 milionów ludzi, więc sami możecie to sobie wyobrazić.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post-1/IMG_1991.jpg

W stolicy zatrzymujemy się na dwa dni. Nie udało się znaleźć darmowego noclegu przez serwis CouchSurfing, ale hotele nie są znowu aż tak drogie, więc możemy sobie pozwolić. Rezerwujemy nocleg w samiuteńkim centrum, w warunkach raczej luksusowych (na łóżku porozrzucane były płatki róż i w ogóle) za 15 dolarów za pokój za noc. Pomaga nam w tym Dinh, dziewczyna pracująca dla największej esportowej (esport, czyli profesjonalne granie w gry komputerowe) organizacji w Wietnamie. Dzięki niej dowiadujemy się, że społeczność wietnamskich graczy jest trzecia co do wielkości na świecie (po Chinach i Korei). I faktycznie nawet w najmniejszej wiosce z łatwością można wypatrzyć przynajmniej jedną internetową kafejkę. Olo akurat jest w temacie, bo jego dobry przyjaciel, Filip "Neo" Kubski (z Poznania), od wielu lat należy do światowej czołówki, a sukcesy jego i jego drużyny w Counter Strike'a są porównywane do osiągnięć Adama Małysza w sporcie tradycyjnym. Aktualnie trwają prace nad filmem dokumentalnym o chłopakach. Zainteresowanych odsyłamy tutaj.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post-1/IMG_2128.JPG

W Hanoi poraz kolejny poczuliśmy, że jesteśmy w bardzo egzotycznym miejscu. Wieżowców prawie tu nie ma, dominuje stara zabudowa, uliczki są wąskie i pełne ludzi. Cechą charakterystyczną są słupy owinięte kablami jak bujnym, dzikim pnączem.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post-1/IMG_2002.JPG

Dużo turystów i sklepów z pamiątkami. Mnóstwo sprzedawców owoców w stożkowych kapeluszach i z tradycyjnymi nosidłami. Nikt nie udaje, że jest bogaciej niż jest w rzeczywistości, poza tym takie widoki są chętnie fotografowane przez zagranicznych przyjezdnych. Dzięki CS znajduje nas Viet, który bardzo chce nas oprowadzić po Hanoi.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post-1/IMG_2024.JPG

Pogoda trochę się popsuła, trochę mży i zaszło słońce. Nie jest jednak tak strasznie, mamy sandały na nogach, Viet jednak trzęsie się jak galareta. Na szczęście jeździmy po ulicach rowerami, więc można się trochę rozruszać. Jeżdżenie po zatłoczonych ulicach dostarcza dużo emocji i nawet bez pedałowania można się nieźle rozgrzać. Nie jest jednak tak groźnie, jak to wygląda z zewnątrz. W tłum motocykli (główny środek transportu Wietnamczyków) należy wjechać ufając, że zrobią nam miejsce i rzeczywiście tak się dzieje. Równocześnie należy ustępować innym użytkownikom drogi miejsca i takim sposobem ruch na drogach jest bardzo płynny. Odwiedzamy m.in. znane francuskie więzienie Maison Centrale, czy mauzoleum Ho Chi Minha, przywódcy rewolucji, lubianego powszechnie ojca narodu. Wietnam jest państwem komunistycznym, jednak wygląda z wierzchu inaczej niż Chiny, czy były ZSRR. Zdaje się, że władze nie poświęcały czasu na niszczenie kultury, religii ani przedrewolucyjnej historii.