Aktualności‎ > ‎

W 'Malych Chinach'

opublikowane: 27 maj 2013, 12:49 przez eferde   [ zaktualizowane 12 lip 2014, 08:45 ]
27.05.2013, Elista, Kałmucja, Rosja

W końcu krajobraz zaczyna się zmieniać i czujemy powoli klimat gorącej kontynentalnej Azji, ale po kolei:-)


https://lh6.googleusercontent.com/-yygIemx7x20/UaOFhkhEllI/AAAAAAAAFoA/Hv00BoYWNQE/s1600/IMG_1983.JPG

Droga z Krasnodaru była dość długa i nużąca, pola kukurydzy, ziemniaków i rzepaku ciągnęły się w nieskończoność, a ulgę od słońca dawały jedynie rzędy drzew posadzonych w bardzo równych odstępach, w celu ochrony pól przed wiatrem. Początkowo jechaliśmy wzdłuż dużej i wijącej się rzeki Kubań, która drąży w ziemi stromy wąwóz. Droga wiedzie jednak zbyt daleko od rzeki, by widzieć ją przez cały czas. W Ust-Labińsku podjeżdża do nas samochodem miły pan i zaprasza do siebie na herbatę.


https://lh5.googleusercontent.com/-4WmQIQGsYwk/UaOFQNXNDSI/AAAAAAAAFjc/6s5gDpfaO_U/s1600/IMG_1829.JPG

Nie jesteśmy pierwszymi podróżnikami, jakich tu spotkał. Wcześniej gościł u siebie Rosjanina, który przez kilka lat chodził po kraju pieszo i pisał książkę. Ławrik jest Ormianinem, opowiada dużo kawałów o swoich rodakach. Wszystkie do siebie podobne, o tym że Ormian można wszędzie spotkać. Miło się gawędzi, gospodarz otwier skrytkę w kuchennej podłodze i długo czegoś szuka. Już się martwimy, że będzie to wódka, bo mocnych alkoholi nie pijamy, na dodatek żar z nieba się leje i trzeba będzie się wykręcać. Ten na szczęście wyciąga słodkie domowe konfitury, które nakłada nam n talerzyki. Następnie zabiera nas samochodem do tutejszej atrakcji turystycznej, którą sami z pewnoscią byśmy przeoczyli. Jest nią kozacka twierdza nad brzegiem rzeki. Może sama jest dość skromna ale widok w dół rzeki niczego sobie. Obok twierdzy pomnik upamiętaniający lokalne ofiary hitlerowskich zbrodni. Drogę do twierdzy i spowrotem przejeżdżamy samochdem Ławrika, który ma kierownicę po drugiej stronie, bo to auto z Japonii. W ogóle zauważyliśmy, że wiele tutaj takich samochodów, a nawet ciężarówek. Jedziemy przez miasto jakąś okrężną drogą. Uliczki są dosyć wąskie ale nasz kierowca pędzi, ile maszyna pozwala i żeby było efektowniej, z głośników wyje muzyka disco.

Tego dnia rozbijamy namiot w pobliżu rzeki. O dojściu do niej nie ma mowy, bo przy jej brzegach jest sporo zarosli i można dobrze ukryć namiot. Wieczorem śpiewają nam żołny. To bardzo piękne ptaszki, których jest tu pelno i można je łatwo zaobserwować, bo zachowują się bardzo głośno i są kolorowe. Księżyc świeci, bo zbliża się pełnia. Komary trochę gryzą ale mamy wędkarskie kapelusze z siatką na twarz, które kupiliśmy niedawno za całe 5zł/sztuka. Jest ciepło i przyjemnie, jak na wymarzonych wakacjach.

Wyjeżdżamy z Kraju Krasnodarskiego i wjeżdżamy w Kraj Stawropolski. Granicą jest rzeka Kubań, która zakręca tu pod kątem prostym na południe, a my jedziemy dalej, prosto na wschód. W Nowoaleksandrowsku pod koniec dnia jak zwykle podjeżdżamy do pierwszego domu, przy którym na ławeczce siedzi para staruszków, by poprosić o wodę do mycia i gotowania. Zostajemy zaproszeni na herbatkę. Znowu trafiamy na gościnnych Ormian, tym razem pochodzących z Gruzji, a nie Armenii. Są mniej gadatliwi od Ławrika ale częstują nas wszytkimi słodkościami, jakie mają w domu. Oczywiście nie brakuje konfitur. Próbujemy zielonych orzechów włoskich w słodkim syropie. Są przepyszne. Robimy pamiątkowe zdjęcie z rodziną gospodarza, Pawlika, gdy akurat przychodzą jeszcze sąsiedzi, którzy też się na nie załapują. Wszyscy Ormianie.


https://lh6.googleusercontent.com/-dS7vq0ctKKI/UaOFVjtIoLI/AAAAAAAAFk4/o6Mlvbt4EZ8/s1600/IMG_1878.JPG

Znajdujemy dzisiaj świetne miejsce na namiot, bo na wykoszonej łące. Mieliśmy umyć włosy ale przez przypade kupiliśmy odżywkę zamiast szamponu. Dzięki temu odkrywamy, że jest równie dobra jako zwykły balsam do ciała. Nie żałujemy jej i wykorzystujemy jako oliwkę do masażu bolących plecow i nóg, a także jako odżywkę do spalonych od słońca stóp.

Jadąc dalej na wschód krajobraz się powoli rozrzedza. Wioski i miasta znajdują się w coraz to większej odległości od siebie i musim na bieżąco kontrolować trasę, planować postoje i miejsca gdzie śpimy, by można było zatankować wcześniej wodę i zrobić zakupy. Zbliża się koniec roku szkolnego w rosyjskich szkołach (mają tu aż 3 miesiące wakacji, czerwiec, lipiec, sierpień). W wioskach po drodze widzimy ogłoszenia o dniu ostatniego dzwonka - 25. maja. W jednej z nich, o sielankowej nazwie Krasnaja Polana, uczniowie z tutejszej szkoły zagadują nas przy sklepie. Przychodzi ich coraz więcej, okazuję się że to cała klasa, która zwiała z ostatniej lekcji matematyki. W końcu przychodzi też i nauczycielka i zagania uczniów spowrotem do szkoły.

Ona natomiast gdy dowiaduje się, że przyjechaliśmy z Polski, zaprasza nas do swojego domu na obiad. Opowiada że mieszkała u nas pięć lat, bo jej mąż był oficerem Armii Czerwonej, która stacjonowała w owym czasie w Polsce. Wysłuchaliśmy opowieści m.in. o losach Powstania Warszawskiego z perspektywy Rosji Radzieckiej. Temat jest kontrowersyjny, więc nie drążymy dalej, by nie psuć atmosfery. Pani Marij jak i wiele osób, które spotkaliśmy wcześniej, z utęsknieniem opowiada jak dobrze im było za czasów ZSRR. Mówi też, że z mężem oglądają polski serial "Czterej pancerni i pies". Widać, że żyją wspomnieniami. Dostajemy domowe wino na drogę i ruszamy dalej.

Upał jak diabli, 38 stopni w cieniu, nawet wiatr nie chłodzi. Odpoczywamy chwilkę w klimatyzowanym wnętrzu przydrożnego sklepiku. Pan sklepowy opowiada, że rok temu jechała tędy para z Niemiec. Tą historię będziemy później słyszeć od spotykanych ludzi jeszcze nie jeden raz. Jesteśmy trochę smutni, że wszystko już było. Że nawet tutaj byli już "sakwiarze". I to na poziomych rowerach! Mijane wioski są dość zabawne, zostały zbudowane w całości w za jednym razem. Wszytkie domy są do siebie podobne, jeśli nie identyczne. Przypominaja nowe polskie osiedla zamknięte. Wjazd do nich opatrzony jest zwykle bramą, główna droga prowadzi do pomnika radzieckich wojaków, jest szkoła przedszkole, dom kultury i placyk zabaw. Wzdłuż ulic ciągna się owocowe drzewka z pobielonymi wapnem pniami. Jak z książeczki dla dzieci.

https://lh3.googleusercontent.com/-AniPTzttrl8/UaOFaIu7qxI/AAAAAAAAFmA/YcfoIfY9SXY/s1600/IMG_1902.JPG

Napotkani ludzie słysząc, że jedziemy do Kałmucji i Kazachstanu, dziwią się bardzo i pytają, po co tam jedziemy - "przecież nic tam nie ma" ("A szto tam interesno?"). My jednak to "nic", czyli stepy, chcemy zobaczyć. Granica kraju Stawropolskiego z Republiką Kałmucji przebiega wzdłuż długiego jeziora Manycz.

https://lh3.googleusercontent.com/-AzToP2lQQmE/UaOFfvjRMlI/AAAAAAAAFng/yV6IhpM8se8/s1600/IMG_1952.JPG

Kałmucja to najmniej zalesiony region Rosji, mieszkają tu Kałmucy, którzy przywędrowali z dalekiej Azji. Kiedyś byli koczownikami, którzy przyłączyli się do armii Dzyngis Chana, z którą ruszyli na zachód. W czasach ZSRR zostali zmuszeni do osiadłego trybu życia, a ich stolicą została Elista. Kałmucy są wyznawcami tybetańskiego odłamu buddyzmu (Diamentowej Drogi). Do Elisty zajeżdża nawet czasem sam Dalaj Lama. Miasto w końcu czymś się wyróżnia i oprócz Leninów i Żołnierzy z datą 1941-1945, widzimy na ulicach liczne buddyjsko-azjatyckie akcenty, tak odmienne od szaro-betonowej rzeczywistości postkomunistycznych krajów.


https://lh6.googleusercontent.com/-lCOr9RwFTyI/UaOFoQwBNfI/AAAAAAAAFp4/bZKzOxz9iaA/s1600/IMG_2025.JPG

Zostajemy tutaj na dwie noce dzięki gościnności Oksany i jej syna Aleksandra, Rosjanki która przyjęła nas pod swój dach. Daje nam jeść do syta, nie ma mowy żebyśmy sami coś przygotowali. Ponadto przy okazji przechadzki po mieście, dostajemy gratisowo dwudaniowy obiad w restauracji prowadzonej przez jej siostrę. Słów nam braknie, by opisać okazaną nam gościnę:-)