Aktualności‎ > ‎

Wielkanoc w Tajlandii

opublikowane: 29 kwi 2014, 13:20 przez eferde   [ zaktualizowane 19 lip 2014, 06:19 ]
30.04.2014, Krabi, Tajlandia

Jeszcze nie wyjechaliśmy z Tajlandii, ale już możemy mówić, że naszym miejscem-faworytem będzie najprawdopodobniej Kanchanaburi (nie zwiedziliśmy północy, tam na pewno też jest coś ciekawego). Trafiliśmy tam trochę przez przypadek, bo nie było nam po drodze. No bo Inka chciała pojeździć na słoniu i tak szperając po internecie znalazł się słoniowy dom spokojnej starości niedaleko Kanchanaburi.

Z Bangkoku dwa dni drogi rowerem albo kilka godzin w autobusie. Tyle, że w tym drugim przypadku można przeoczyć spacerujące po chodniku warany, stado dziwnie dziobatych bocianów, no albo przystanek autobusowy w środku niczego z dostępem  do internetu;-)


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/warany.jpg

https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/dziobate.jpg

https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/przystanek%20z%20ingternetem.jpg

Wizyta w miasteczku słoniowym wypadła akurat w Lany Poniedziałek (po Wielkanocy ani śladu w Tajlandii, my zjedliśmy kanapkę z jajeczno-majonezowo-szczypiorkową pastą)...


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/swieta.jpg

https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/swieta2.jpg

...i jakoś się udało że i w naszą drugą rocznicę ślubu:-) Trzeba tam dojechać 20km, ale pod hotel podjeżdża taksówka (tajska, czyli kryty pickup) i zawozi na miejsce za darmo. Razem z nami jest może z 10 osób. Po obozie oprowadzają nas wolontariusze, którzy przyjeżdżają tu z całego świata na miesiąc lub krócej. Słoni jest dziesięć, każdy z nich przeszedł jakąś traumę w życiu, a część jest za stara żeby dalej pracować (w lesie przy wyrębie drzew albo w górskich trekingach, gdzie wożą turystów na grzbietach, czy po prostu na ulicach dużych miast jako maskotki do zdjęć). W Tajlandii żyją słonie indyjskie, które są mniejsze od afrykańskich i (na ich szczęście) rzadko mają duże kły. Mniejsze, co nie oznacza, że nie mogą ważyć dwóch ton, a słoń codziennie musi zjeść masę różnych owoców i korzonków (10% swojej wagi!). I to główny problem ich właścicieli (no a potem słoni), którzy muszą wydać sporo kasy na te 200kg owoców dziennie, a jak wiadomo chcą zarabiać możliwie jak najwięcej i niestety oszczędzają właśnie na jedzeniu (na ilości i jakości). Oprócz wielkiego żołądka słonie mają też bardzo wrażliwe stopy, które są bardzo czułe na wibracje (w ten sposób "wyczuwają" inne osobniki oddalone nawet o kilkadziesiąt kilometrów). Wyobraźcie sobie, co czuje słoń w azjatyckim mieście. Foteczka ze słonikiem na ulicy? Mamy nadzieję, że ten proceder niedługo zniknie, bo nie będzie się opłacał. W Kanchanaburi za to można spędzić dzień ze słoniami, które mogą chodzić sobie po wielkim wybiegu, mogą potaplać się w błocie, wykąpać w rzece, poocierać o pnie drzew i podjeść świeżych korzonków z ziemi. Dostaną też mnóstwo owoców i specjalnej karmy z witaminami.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/blotem1.jpg

https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/blotem3.jpg

https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/IMG_6110.JPG

Goście mają szansę przygotować takie jedzonko własnoręcznie, po czym podać ją wprost do paszczy albo do trąby, a także wskoczyć do rzeki i wykąpać się ze słoniem, a nawet wskoczyć mu na szyję i wyszorować szczotką za uchem. No i zrobić kupę zdjęć przy okazji. Słonie są wdzięczne. Zwłaszcza ten, który był kiedyś tak głodzony, że pewnego dnia nie mógł sam wstać z ziemi, albo ten którego uderzyła pędząca ciężarówka na ulicy.

A Inka już nie chce pojeździć na słoniu, co najwyżej w rzece.

Kanchanaburi jednak nie jest znane ze słoniowego obozu. To małe przytulne miasteczko chwali się mostem na rzece Kwai. Tak, z tego filmu. Obejrzeliśmy. Pierwszej nocy się nie powiodło, bo akcja była zbyt powolna. Udało się kolejnej, po przejażdżce pociągiem, który przez TEN most właśnie przejeżdża. I nie tylko most, bo i całą linię wybudowaną przez tajskich i angielskich jeńców wojennych w czasie okupacji półwyspu przez Japończyków.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/kwai1.jpg

W sumie wrażenia podobne, jak przebycie trasy Czerwonak-Wągrowiec [gdyby trasa była bliżej Warty i byłyby jakieś górki na horyzoncie -Olo], gdy jeździły jeszcze tradycyjne wagony i można było otworzyć okno, wychylać się i rozkoszować powolną jazdą przez zielone knieje. Co do filmu to wszystko nie tak. Nie ten most, nie ta rzeka, a akcja fikcyjna. To tak jakby nakręcić film o budowie warszawskiego Pałacu Kultury w Paryżu, który wygląda jak wieża Eiffla, a na końcu wysadzają go w powietrze.

Na koniec wizyty w okolicach Kanchanaburi odwiedzamy jeszcze pobliskie wodospady Erawan. Podobne do tych laotańskich z Luang Prabang, tyle że większe. Aż siedem różnych progów na tej samej rzece. Na wszystkich tarasach można się kąpać. Do atrakcji należał duży kamień, z którego można było zjechać jak ze zjeżdżalni do głębokiego basenu, a także rybki, które w chwilach naszego bezruchu obgryzały pięty z martwego naskórka. Czasem próbowały obgryzać też ten żywy i to bolało, zwłaszcza gdy rybki były wielkie, jak świąteczne karpie.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/wodospad.jpg

https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/IMG_6422.JPG