Aktualności‎ > ‎

To już Syberia

opublikowane: 7 lip 2013, 22:40 przez eferde   [ zaktualizowane 13 lip 2014, 06:56 ]
7.07.2013, Nowosybirsk, Rosja

Właściwie to piszemy z nowosybirskiej dzielnicy akademickiej - Akademgorodoka. Jesteśmy tu dzięki naszej książce do nauki języka rosyjskiego, którą kupiliśmy jeszcze na pchlim targu we Lwowie. W jej propagandowych radzieckich czytankach często przewija się Akademgorodok (Eto sowriemiennyj gorod, on stoit w liesu. Instituty, doma, tieatr, kafe, szkoly - wsio w liesu. Zdzieś żywut uczionyje fiziki...), więc gdy tylko dowiedzieliśmy się, że jest możliwość przenocowania tu i to u uczonego fizyka, długo się nie zastanawiamy. Podręcznik trochę waży i jest dość stary, pochodzi z 1980r., ale dzięki niemu odwiedzamy miejsce, które z całkowitą pewnością byśmy ominęli. Ku naszemu zaskoczeniu książka nie kłamała! Całe miasto faktycznie stoi w środku lasu.



Wygląda jakby budowniczowie powycinali drzewa tylko tam, gdzie stoją budynki i drogi. Bardzo przyjemne miejsce. Wszedzie zielono i ani śladu sztucznego osiedlowego trawnika. Dziwnym zbiegiem okoliczności znajduje się tu bardzo dobrze zaopatrzony sklep rowerowy i warsztat zarazem.



Zaprowadza nas tutaj uczony fizyk Arseni, u którego spędzamy dwie noce. Właściciel sklepu, pan Władymir, przeniósł swój interes do Akademgorodka z centrum Nowosybirska jakiś czas temu. Pokazuje nam księgę gości, do ktorej wpisujemy się obok dokładnie trzydziestu siedmiu innych rowerowyych podróżników z całego świata, którzy rownież potrzebowali technicznej pomocy na swojej trasie. Jest para Niemców na tandemie, jest grupa z Polski, która wspinała się na czterotysięczniki mongolskiego Ałtaju (z rowerami!), jest Japończyk, który przejechał Kołymski Trakt zimą, do Magadanu dotarł w maju! Jest jeszcze wielu innych odważnych ludzi, no i my.



Jakieś 90km przed Nowosybirskiem osiągnęliśmy 5000km i jakimś cudem zaraz po tym nasz licznik skasował wszystkie dane, łącznie z przejechanym dystansem. Do tego trzy razy w ciągu dnia pękały szprychy, co poważnie nas zmartwiło. Ogromna siła, którą wspólnie wkładamy w pedałowanie, mocno zużyła naszą piastę w ciagu tych trzech miesięcy. Musimy coś zmienić w naszym tandemie albo nie dojedziemy do tego Singapuru. Po pierwsze wymieniamy piastę na taką samą, tylko nową. Używamy takiej, która przerzutki i hamulec ma w środku, więc czasem stwarza to pewne problemy. Na szczęście w serwisie mają potrzebne narzędzia i sprzęty (szlifierkę-obrabiarkę, czy maszynę do gwintowania). Pan Władymir zaplata dla nas koło na nowej piaście. Mamy nadzieję, żę będzie trwalsze.



Oprócz tego Olo korzystając z dostępnych narzędzi dokręca luźne śrubki, wciska smar to tu to tam, szlifuje odkształcone partie metalowych hamulców z wnętrza piasty (na szczescie mamy drugi normalny hamulec na przodzie). Jeszcze poszukamy sklepu, gdzie można będzie kupić przyczepkę, na którą zawiesimy bagaż, by odciążyć tylne kolo. Póki co jemy przepyszne burgery przygotowane na przenośnym grillu Arseniego, który wspólnie rozpalamy w lesie 10m przed blokiem. Szkoda że musimy stąd wyjeżdżać, chętnie byśmy tu zamieszkali na stałe;-)



Nie napisaliśmy nic o tym co się działo po drodze do Nowosybirska, co nie oznacza że było nudno. Tradycyjnie już byliśmy zapraszani na herbatę przez życzliwych ludzi, która  czasem kończy się noclegiem z ciepłą wodą do mycia. Umililo nam to ciężką przeprawę pod wiatr, który niestety obniża nam średnią prędkość jazdy nawet do 10km/h. Wiatr w dodatku zimny i niosący deszcze i burze. Miło wspominamy też ostatnie spotkanie z kazachskimi policjantami, którzy zaprowadzili nas do taniego baru, którego sami byśmy nie znaleźli, i oprócz tego wręczyli nam 1000tenge (ok. 20zł) na jedzenie! Herbata kosztowała tam 50groszy (zwykle jest to złotówka). W Rosji zaczął się las, który nie skończy się aż do Bajkału. Zaskakująco przyjemnie jest zobaczyć go wracając ze stepu i jeszcze przyjemniej czuć się osłoniętym od wiatru w jego przytulnym wnętrzu.



Nawet meszki tak nie przeszkadzają i komary głośno nie bzyczą. Gdybyśmy dysponowali większym garnkiem lub większą ilością ludzi do wykarmienia, kupilibyśmy kubeł borowików od sprzedawców ustawionych na każdym przystanku autobusowym. Zauważyliśmy, że w ofercie mają tylko same najprawdziwsze i najdorodniejsze grzyby. Kupujemy tańsze borówki, podłużne w kształcie i cierpkie w smaku tak, że Olo wsiada sam na rower i cofa się kilometr do miasta po cukier. Mamy troszeczkę kataru, ale liczymy że przejdzie, bo przed nami syberyjskie lato, które przywieźlismy tu z Kazachstanu (w Nowosybirsku pierwszy ciepły dzień był wczoraj - początek lipca!).