Aktualności‎ > ‎

Tajski Dyngus

opublikowane: 17 kwi 2014, 22:50 przez eferde   [ zaktualizowane 20 lip 2014, 07:07 ]
18.04.2014, Bangkok, Tajlandia

W Tajlandii w końcu można wziąć głęboki oddech. Powiewa wiatr od morza. Jedziemy wzdłuż wąskiego paska wybrzeża wydartego Kambodży, będącego najwęższą częścią Tajlandii.

W sklepach i na straganach nie trzeba się już targować, choć trochę tęsknimy za kambodżańskimi cenami. Za to próbujemy mnóstwo wyśmienitych tajskich dań, które uplasowują się na drugim miejscu (po północnych Chinach) na liście najsmaczniejszych w Azji. Szkoda, że czasem są za ostre, by poczuć ich smak. Na straganach kupujemy też kilka nowych owoców, które w języku polskim posiadają fantazyjne nazwy, takie jak: smaczelina (też: żółtociecz, żółtoplam), czy bliźniarka smaczna.


https://lh5.googleusercontent.com/-POQR7w92X1U/U2sHx8gSSlI/AAAAAAAAOos/ajdsu7yk6xI/s1600/IMG_5050.JPG

Zaraz za granicą skręcamy na jedną ze słynnych rajskich plaż. Palące słońce, błękitna woda, biały piasek i zielone kazuaryny (takie drzewa) rosnące na morskim piasku. Wskakujemy czym prędzej do wody, ale zamiast miłej ochłody czujemy się jak w gotującej się zupie, która w dodatku jest za słona. Szczypią oczy i gardło. Po kąpieli sól pozostaje na skórze, a ciężko znaleźć jakiś prysznic, gdzie można by ją spłukać. W takich chwilach tęsknimy za Bajkałem! Nawet za ta brunatną rzeką w Mongolii. I za kąpielami w przeręblu na Kaliskach w Wągrowcu.


https://lh6.googleusercontent.com/-vQBA1eaetsM/U2sG24WrGeI/AAAAAAAAOms/tB8SxZr3w2c/s1600/IMG_4944.JPG

Po drodze do stolicy, zaliczamy wspaniały przystanek w Pattai, w kurorcie "Swiss Sabai", do którego zaprosił nas znajomy Szwajcar, Jorg, w zamian za wywiad do miejscowej niemieckojęzycznej gazety "Farang". Jak rasowi turyści nie ruszylismy się nawet do miasta (tak właściwie to dlatego, że słynie tylko z seksturystyki i plaży), tylko chłodziliśmy się na przmian to w basenie, to w klimatyzowanym apartamencie. Po jeździe w 36-stopniowym upale wśród hałasujących ciężarówek, zwykła kąpiel u buddyjskich mnichów przy studni z użyciem wiadra sprawia, że czujemy się szczęśliwi, a zimny prysznic w luksusowym kurorcie to jak raj na ziemi. Nie zrozumie tego nikt, kto przyleciał tu samolotem. Polecamy!


https://lh5.googleusercontent.com/-Ro62RYIiOg4/U2sJOn4rFeI/AAAAAAAAOrs/ibhRnWRuDhk/s1600/IMG_5169.JPG

Szast prast i jesteśmy w Bangkoku.W Tajlandii trwa festiwal Songkran, czyli obchody święta Nowego Roku (według tajskiego kalendarza zaczyna się właśnie rok 2557, bo lata liczone są od śmierci Buddy). Przypomina naszego Dyngusa, ale trwa trzy dni i nie polega tylko na polewaniu wodą siebie nawzajem, a jeszcze na smarowaniu twarzy przechodniów rozwodnioną kredą. Oprócz tego wodą polewane są też posążki Buddy w świątyniach, a także takie ustawione specjalnie na tą okazję w sklepach i na ulicach (razem z miseczką wody i kubeczkiem). Pojawiają się pickupy wiozące na pace beczkę wody i gromadkę ludzi polewajacych przechodniów. Często taka beka stoi też na poboczu drogi, czy chodniku. Z aut i z naziemnych punktów dochodzi głośna muzyka. Ludzie tańczą mimo wczesnej pory i palącego słońca. Z naszych obserwacji wynika, że polewanie często nie odbywa się z zaskoczenia, ale ludzie po prostu dają się polewać. Widzieliśmy wielokrotnie jak rodzinka na motorku zatrzymuje się przy takiej stacji i daje się zmoczyć tak, by nie została na nich sucha nitka. Podobnie czynił nasz kierowca tuk tuka, który zwalniał na tyle, ze dosięgały nas wszystkie chlusty z wiadra wycelowane w nasz pojazd. Niemalo dostało się też samemu kierowcy. Może chciał się trochę ochłodzić, bo do beczek z wodą wrzucone są wielkie kawałki lodu i ma ona chyba ze cztery stopnie. Szok jest większy niż kapiel w przeręblu, bo i większa różnica temperatur. Polecamy;-)


https://lh5.googleusercontent.com/-iKACh-jf2UE/U2sKbKKleoI/AAAAAAAAOuU/JxvaWCTT808/s1600/IMG_5319.JPG

https://lh4.googleusercontent.com/-M5tebfYXSFo/U2sLUZpLvdI/AAAAAAAAOvs/K00fs6vFmZw/s1600/IMG_5502.JPG

https://lh3.googleusercontent.com/-QBN-szHI2BA/U2sMN5Ugb5I/AAAAAAAAOxM/cwV5H8VQpwk/s1600/IMG_5602.JPG

W Bangkoku na dwa dni dołączyliśmy do grupki turystów z Meksyku, których oprowadzala żona naszego znajomego, Jorga. Dużym plusem były przystanki w restauracjach z bufetem. Po raz pierwszy od dłuższego czasu wypełnialiśmy brzuchy do pełna, a nawet troszkę bardziej (nie to że nie dojadamy, ale żołądki rowerzystów pochłaniają dwa razy więcej jedzenia, niż robi to przeciętny człowiek). Chwilę po jedzeniu zaczęła rozchodzić się muzyka i stolik z Meksykanami zrobił się pusty, a parkiet wypelnił się wyginającymi śmialo ciało kobietkami w średnim wieku. Różnica między nimi, a resztą towarzystwa była piorunująca. Skad u nich tyle energii? Jak to się stało, że nie dostały zawału serca, albo przynajmniej kolki?

Szukaliśmy tu też miejsc, które odwiedził tata Olka 20 lat temu. Stolica zmieniła się jednak nie do poznania. Gdyby nie wodny tramwaj, Pałac Królewski i Leżący Budda, mogłaby być równie dobrze Pekinem albo innym dużym, nowoczesnym azjatyckim miastem.


https://lh6.googleusercontent.com/-Uvk1LtZIgcU/U2sMpE-WyJI/AAAAAAAAOyQ/d9q48ZqI7oI/s1600/IMG_5642.JPG

https://lh4.googleusercontent.com/-QH8kjnBhbws/U2sM3LYYDTI/AAAAAAAAOyk/9lu8yG-dd-4/s1600/IMG_5660.JPG

Najedzeni, wypoczęci i lżejsi o 15 kilo, które wysłaliśmy paczką do Polski, ruszamy dalej.