Aktualności‎ > ‎

Singapur!.. ale to jeszcze nie koniec.

opublikowane: 20 maj 2014, 08:47 przez eferde   [ zaktualizowane 19 lip 2014, 07:52 ]
20.05.2014, Singapur

Dojechaliśmy rowerem do Singapuru! 21 324km za nami!

Tak radośnie krzyknąć chcieliśmy po drugiej stronie mostu łączącego półwysep Malajski z wyspą Singapur, ale wypadło jak zwykle nieco inaczej. Tak naprawdę przejechaliśmy przez kilka przedziwnych i pokręconych wiaduktów w malezyjskim mieście Johor Baru, wierząc tylko że prowadzą w dobrym kierunku - nazwa Singapur nie pojawiła się na żadnej z kilkudziesięciu tablic. Przy odprawie celnej po stronie Malezji, a była nawet taka specjalna tylko dla jednośladów, też nie uświadczyliśmy żadnej informacji, do jakiego kraju zmierzamy. Tablica z nazwą pojawiła się dopiero za singapurskim punktem odprawy celnej, za którym nawet nie mogliśmy się zatrzymać, bo pogranicznicy nas pogonili i ani się nie obejrzeliśmy i już jechaliśmy po naszej ziemi obiecanej, beznadziejnie licząc na to, że uciekniemy przed zbliżającym się deszczem.


https://lh3.googleusercontent.com/-FSyO-KqytAM/U4GVUK99ssI/AAAAAAAAPkA/L9s56LK1_c0/s1600/IMG_7359.JPG

Ostatnie dni na półwyspie Malajskim kręcimy pedałami bez wytchnienia (nawet Olo nie zmienia nieszczelnej dętki, tylko często dopompowuje). To znaczy wytchnienie było, ale tylko wtedy gdy padał deszcz i waliły pioruny i czekaliśmy aż to wszystko przejdzie. Czasem dwie, czasem cztery godziny. Burze przytrafiają się ostatnio często i niespodziewanie, bo duszno jest cały czas, więc to zadna podpowiedź, a ciemne chmury kłębia się czasem rano, czasem popołudniem i różnie się zachowują. Deszczu nie przepowie nawet stary Malaj, ale bezbłędnie wyczują go, jak się ostatnio dowiedzieliśmy, takie duże, latające mrówki. To znaczy, gdy idzie deszcz zaczynają latać. Aha i od zwykłych mrówek różnią się tym, że nie gryzą, choć żuwaczki mają niczego sobie. Tak się złożyło, że tej przydatnej ciekawostki dowiedzieliśmy się w budce niezwykłego stróża, który pilnował pewnej nocy nie tylko szkoły ale także nas i naszego dobytku. Oprócz tego, że strzegł to jeszcze był filozofem. A raczej po pierwsze był filozofem i dlatego zatrudnił się jako stróż, by mieć dużo czasu do myślenia (i do spokojnego klikania na komputerze). Miło nam się rozmawiało, bo znał perfekcyjnie angielski, który szlifowal na studiach w Stanach i w czasie wielu podróży po świecie. Takie przypadkowe, a może nieprzypadkowe spotkanie. Przynajmniej Muzułmanie w przypadki nie wierzą.


https://lh3.googleusercontent.com/-ySw7aJLQl4o/U4GUKOY53vI/AAAAAAAAPiA/B9Dgam1elXY/s1600/IMG_7302.JPG

Singapur to miasto, które trzeba zobaczyć, nawet jeśli się za miastami nie przepada. My zwiedzaliśmy z poziomu siodełka rowerowego. Podobno jest tu na drogach niebezpiecznie, ale chyba nie bardziej niż w innych krajach, a na dodatek jest całkiem sporo ścieżek rowerowych i tzw. parkowych łączników - genialnych ścieżek-skrótów dla rowerów. W ogóle sporo tu zieleni, parkow, przydrożnych zadrzewień, a nawet drzew wkomponowanych w szklane drapacze chur. Zrobiliśmy 40km po mieście i czujemy duży niedosyt. W dodatku nie musieliśmy zerkać na gps, bo cały czas śledziliśmy naszego przewodnika z klubu rowerowego, rodowitego Singapurczyka, Vincenta Tana. Tak, to ten sam, którego spotkaliśmy jakiś czas temu w Tajlandii. Vincent znalazł dla nas dobry sklep rowerowy, pokazał gdzie zrobić zdjęcia do wizy, wydrukował rezerwację biletów lotniczych, znalazł centrum naprawcze dla naszego ledwie zipiącego laptopa (tu nauczka, NIGDY nie używajcie podejrzanych przedłużaczy), a przy okazji pokazał to i owo na mieście.


https://lh4.googleusercontent.com/-_g8QYzF2rZw/U53aCwSLtKI/AAAAAAAAQks/3d1bCrROxB0/s1600/IMG_7411.JPG