Aktualności‎ > ‎

Przystanek w Astanie

opublikowane: 19 cze 2013, 08:27 przez eferde   [ zaktualizowane 13 lip 2014, 05:32 ]
19.06.2013. Astana, Kazachstan

Podróż pociągiem w Kazachstanie nie była bardzo straszna. Jednak po spędzeniu wielu godzin bez ruchu, w pozycji leżącej trzeba dać sobie jeden dzień na dojście do siebie. Powoli prostujemy kości robiąc pierwsze kroki w Astanie. Nasz rower z sakwami jedzie jeszcze pociągiem bagażowym (trzeba było go nadać wcześniej!). Trochę nas to zaskoczyło, ale mamy do załatwienia trochę spraw wizowych, więc nie bedziemy tu na marne tkwić. Umówiliśmy się już wcześniej na darmowy nocleg w astańskiej katedrze. Nie oglądając się na złote kulki i szklane budynki, ruszamy tam czym prędzej, by zmyć pociągowy zapach i zjeść porządny obiad (po paczce pierogów na głowę). Przyjmuje nas ksiądz Ewgieni, nasz rówieśnik. Jest bardzo wyluzowany i całkiem dobrze mówi po polsku, a był u nas tylko 1.5 miesiąca. Opowiada że kilka dni temu była tu duża grupa rowerowa z Polski - niniwateam. W ramach prostowania kości gramy w piłkę na katedralnym boisku. Trochę pada, biegamy na boso, taki jeden malisz dostaje za duże fory, ale czujemy się o niebo lepiej, gdy krew zaczyna w nas normalnie krążyć. Zwiedzanie Astany zaczynamy od wieży Bajterek, symbolu miasta, widniejącego na wszystkich banknotach i zarazem ładnego 105-metrowego punktu widokowego.


https://lh3.googleusercontent.com/-vLsb73b5WNs/UdpW1gQGOiI/AAAAAAAAGV8/3x6JzeluHAE/s1600/IMG_2485.JPG

Podoba nam się, że budowla nawiązuje do kazachskiej legendy o ptaku Samruku, który zniósł jajko pomiędzy gałązkami topoli, drzewa które podtrzymywało niebo, a z jajka wykluło się słońce. Do legendy nawiązuje też kazachska flaga (ze złotym słońcem i ptakiem na niebieskim tle). W złotej kuli, do której można dostać się windą za ok 10zł, znajduje się odcisk ręki zawodowego (od 23 lat) prezydenta Kazachstanu, inicjatora budowy nowej stolicy - Nursułtana Nazarbajewa. Wieża stoi w bardzo bogatej i reprezentacyjnej dzielnicy Astany, mającej ukazywać bogactwo kraju (Kazachstan ma duże złoża ropy naftowej). Ostre słońce połączone z zimnym wiatrem, który często wieje w tych stronach, męczy więc warto wybrać sie na zwiedzanie miasta nocą, kiedy jest dodatkowo ładnie oświetlone. My stąd czym prędzej uciekamy do swojskiej Kamyszenki (niestety autobusem, bo nadal czekamy na rower), gdzie czeka na nas już Pani Freda i ksiądz Dimitrij. Kamyszenka to jedna z wiosek zamieszkana w 90% przez Polaków. Nasi rodacy byli zsyłani do Kazachstanu w XIXw - buntownicy z powstań listopadowego, styczniowego i inni, a także w latach 30 i 40 XXw - z zachodnich kresów Związku Radzieckiego i ziem przygranicznych z Polską. Podobne represje spotkaly również inne grupy narodowościowe m.in. Koreańczyków, czy Niemców, oczywiście z innych powodów. W Kamyszence stoi kościół zbudowany przez tutejszych ludzi, w którym mieliśmy okazję uczestniczyć we mszy świętej. A także jeszcze w trzech innych kapliczkach, wszystko w trakcie jednej niedzieli. Na tournee wybraliśmy się z księdzem Dimitrim, u któego mieszkamy, by mieć możliwość spotkania z Polonią i porozmawiania z ludźmi w języku polskim.


https://lh3.googleusercontent.com/-j-WP9W5Y6Bk/UdpW6LT0YhI/AAAAAAAAGWU/sOz_rXmAhxo/s1600/IMG_2503.JPG

Trzeba dodać, że starsze osoby przed mszą świętą modlą się i śpiewają po polsku, jednak sama masza jest odprawiana po rosyjsku (ksiądz Dima jest kazachskim Rosjaninem). Byliśmy bardzo wzruszeni ciepłym przyjęciem. Zostajemy zaproszeni na herbatę i słuchamy opowieści o losach ludzi zesłanych na środek stepu. Historia mrozi krew w żyłach, mnóstwo z nich ginie od ciężkich warunków, wielu zostaje zamordowanych, za próby ucieczki w rodzinne strony, reszta jest praktycznie więziona w wioskach. Odnajdujemy groby pierwszych zesłańców na miejscowym cmentarzu, który znajduje się kawałek za Kamyszenką, pośród stepu. Jest pięknie. Step na północy Kazachstanu jest zielony i podobnie jak na południu, pusty i płaski. Wieczorem w Domu Polskim w Pierwomajce spotykamy się z miejscową młodzieżą i nauczycielką z Polski, panią Marią.


https://lh5.googleusercontent.com/-RdNlb_RwDp0/UdpW7FWqWlI/AAAAAAAAGWk/xgkBF3ut85Y/s1600/IMG_2510.JPG

Rozmowy i opowieści trwają do późnych godzin nocnych. Spędzamy tu naprawdę miłe chwile, jesteśmy hojnie ugoszczeni przez księdza Dimę. Normalnie służy tu jeszcze ksiądz Tomasz z Polski (to on nas tu zaprosił), ale akurat jest na wyjeździe w kraju. Z Kamyszenki wyjeżdżamy autobusem (jest chyba tylko jeden w ciagu dnia), który jedzie małą drogą przez środek wielkiego, zielonego stepu. Trzęsie tak, że lepiej się czegoś trzymać, żeby nie wyskoczyć z siedzenia. Na dróżce wyrastają czasem ogromne kałuże, które kierowca omija jadąc na szagę przez step. Po drodze autobus zbiera ludzi z maleńkich wsi, które także były miejscem zsyłek. Do Astany jedzie całkiem sporo pasażerów. Nie wiemy jak sobie radzą zimą, gdy nie kursuje tędy żaden autobus, bo wszystko jest zasypane grubą warstwą śniegu. W Astanie gościmy najpierw u wesołego Andrieja, potomka koreańskich zesłańców.


https://lh5.googleusercontent.com/-p9wZTMUd8tM/UdpXNoNMiII/AAAAAAAAGcw/0T860gOCWTY/s1600/IMG_2623.JPG

Andriej akurat następnego dnia jedzie w delegację, więc trafiamy do Diny, rodowitej Kazaszki, u której przygotowaliśmy wspólnie jej narodową potrawę: manty - pierożki z mięsem i dynią gotowane na parze. Na dniach odbieramy wizę mongolską i rower i bardzo już zmęczeni staniem w miejscu i popędzimy dalej.


https://lh4.googleusercontent.com/-9juGtMM3m34/UdpXQT7YbmI/AAAAAAAAGdI/obQI5G6XQ_0/s1600/IMG_2627.JPG