Aktualności‎ > ‎

Przez półwysep Malajski

opublikowane: 7 maj 2014, 21:52 przez eferde   [ zaktualizowane 19 lip 2014, 06:37 ]
8.05.2014 , Taiping, Malezja

Pomalutku dociera do nas, że został nam jeszcze tylko miesiąc podróży. Dla większosci miesiąc tułaczki to całkiem sporo. Kiedyś może i tak było dla nas, no ale zmieniła nam się perspektwa i teraz to strasznie niewiele. Najgorsze jest to, że musieliśmy już kupic bilet powrotny, policzyć kilometry i podzielić je przez ilość dni. Takie kalkulacje często robiliśmy tak orientacyjnie przy wjeździe do każdego kraju, bo wizy i terminy, ale zwykle mieliśmy dużo zapasu na takie tam różne spontaniczne postoje. Te ostatnie chwile wędrowki spędzimy w Malezji, Indonezji i w Singapurze.

Tymczasem pedałujemy już wzdłuż malezyjskiego wybrzeża. Zachód kraju porozcinany jest, podobnie jak w Tajlandii, ujściami sporych rzek, które porośnięte są wielkim i niedostępnym lasem mangrowym. Zazwyczaj te ujścia trzeba omijać szerokim łukiem, dlatego morze widzimy dość rzadko.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/IMG_6811.JPG

Z Tajlandią rozstaliśmy się z żalem, bo tuż przy granicy pojawiły się przepiękne góry pokryte dziką dżunglą. W dodatku Tajowie byli tacy spokojni i przyjaźni. Zazwyczaj na noc zatrzymywaliśmy sie u buddyjskich mnichów, ale kilka razy przyszło nam spać w lesie, gdy nie znaleźliśmy żadnego klasztoru. Raz zajęliśmy drewnianą wiatę w lasku kauczukowym. W nocy obudziło nas sapanie pracującego człowieka. Poprawiał nacięcia w pniach, by mleczny sok mógł swobodnie spływać do specjalnych miseczek. Nie mieliśmy pojęcia, że robi się to w nocy. Najprawdopodobniej zajęliśmy jego budkę, ale on nie miał zamiaru ani nas obudzić ani wygonić, a na pewno był bardzo zmęczony. Nastepnego dnia odkrylismy, że obskoczył cały las, bo białe mleczko kapało z każdego drzewa.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/IMG_6564.JPG

Przejście graniczne z Malezja znajdowało się gdzieś głęboko w górach, gdzie jechać nie było nam w smak, więc przepłynęliśmy promem na malezyjską wyspę Langkawi. Na pokładzie, który przypominał taki samolotowy, puścili tajski horror "Ostatnie wakacje". Straszny!

Wyspa jest dużą atrakcją, przyjeżdżają tu Malezyjczycy na wakacje, a może przede wszystkim na zakupy w bezcłowym sklepie. My ruszamy na plażę. Na tej, którą odwiedziliśmy, nie było nikogo. W wodzie, słonej tak bardzo, że można dryfować bez ruchu, jak kłoda drewna, uważalismy tylko na to, by nie zasnąć. Ale to nie morze jest najciekawsze w Malezji. Najbardziej wyróżnia się mieszanka kulturowa, bowiem w Malezji mieszkają Malajowie (muzułmanie), ale jest ich tylko 60 procent, poza nimi są jeszcze Chińczycy (buddyści), Hindusi (hindusi) i Indianie-tubylcy (ukryci w dżunglii). Na ulicach widać jak na dłoni trzy różne kultury, bo każda ma swój język, religię, tradycyjny strój, kuchnię... No i ludzie wyglądają zupełnie inaczej.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/IMG_6866.JPG

Inaczej wyglądają też miasta i wsie, przynajmniej te na wybrzeżu. Zniknęły bezpowrotnie hamaki i daszki przed domami, gdzie rodzinki tajskie odpoczywały w upalny dzień. Zniknęły targi, gdzie kupowaliśmy tanie owoce, (póki co trafiliśmy na parę stoisk z bananami za 4zł/kg i mangiem 6zł/kg, w dodatku robaczywym tak, że musieliśmy wszystkie wyrzucić). W ciągu dnia wiele sklepów zamkniętych jest na głucho i miasta wyglądają, jakby były wyludnione. Wytchnienie znajdujemy w przydrożnych barach, które oddalone są od siebie o jakieś pół kilometra, czasem mniej, w których pijemy herbatę z mlekiem albo z limonką, razem z muzułmańskimi dziadkami. W restauracyjkach podają też wspaniałe i tanie jedzenie, już nie tak ostre jak w Tajlandii, więc można bez strachu wkładać je do ust. Wieczorem słuchamy śpiewu muezina z meczetów, których tu zatrzęsienie i popijamy herbatkę, którą przynieśli nam do namiotu przyjaźni gospodarze.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/IMG_6961.JPG