Aktualności‎ > ‎

Pożegnanie z Chinami

opublikowane: 5 lut 2014, 12:49 przez eferde   [ zaktualizowane 18 lip 2014, 07:18 ]
5.02.2014, jakieś zapomnianie miasteczko, Wietnam

Wyszło słońce! Jest ciepło, a czasem nawet za ciepło i za duszno, ale tysiąc razy wolimy tak, niż chłód i szare niebo. Wstrzymamy się jeszcze od wyrzucenia polarowego kocyka, bo to jeszcze luty i środek zimy. W końcu ciepło może się skończyć tak szybko, jak się zaczęło i zmusić nas do założenia kurtek tak nagle, jak zmusiło nas do zalożenia czapki z daszkiem i sandałów.

Za Naningiem droga maleje i leniwie kręci pomiędzy rzeką i górami. Właściwie tylko łączy jedną wioskę z drugą i strasznie pyli, bo brakuje na niej asfaltu. Jedziemy wężykiem i powoli przesuwamy się w kierunku Wietnamu. Alternatywą jest autostrada, po której rowerem teoretycznie nie wolno jechać, ale mamy sporo czasu i nawigację w telefonie, więc się tam nie pchamy. W ostatnim dniu chińskiego roku odwiedzamy "starożytne miasto Yangmei". Na wjeździe buda z biletami, 5zł od osoby. Trochę dużo. Buda wszystko popsuła. Gdyby nie było biletu, nie czepialibyśmy się, że 200lat to nie taka starożytność, ze napisane było "niezmienione ...", a na rynku świeci i hałasuje sklep z komórkami, połowa domów jest nowa, a te rzeczywiście stare sypią się i służą miejscowym za stodoły.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/IMG_0906.JPG


W dodatku Inkę pogryzły w stopy takie maleńkie muszki. Wredne, chińskie, krwiopijcze bestie! Dookoła same bananowce, a na starganie ani jednego banana! Zaczęliśmy marudzić jak rasowi turyści. Ale to tak jest, jak się płaci to się wymaga. Najlepiej jest nie placić i niczego nie oczekiwać, wtedy każda najmniejsza rzecz sprawia dużo więcej przyjemności. Po uporaniu się z meszkami siadamy w małej świątyni, na której było napisane, że "niestety" została zniszczona w czasie rewolucji kulturalnej (czyli sami sobie ją popsuli!), ale odbudowali ją starsi mieszkańcy wioski. Siedzimy i obserwujemy noworoczne rytuały. Pod ołtarz schodzą się kobiety z jedzeniem. Wykładają wszystko na stół, napełniaja czarki herbatą, zapalają kadzidła, odpalają petardy. Herbatą oblewją święte posążki, chybe że to znaczy że się z nimi dzielą i tym jedzeniem też.


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/IMG_0958.JPG

https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/IMG_0918.JPG

Duchy niestety mogą jedynie tylko wąchać, ale i tak doceniają wysiłki wiernych i obiecują, że będą miały te gesty na uwadze w całym przyszłym roku. Z boku w cieniu starsi panowie grają w szachy, na przeciwko młodzi w bilard. Mają w końcu parę dni wolnego. A my zapomnieliśmy już o bilecie, wstępach i oczekiwaniach, bo fajnie było popodglądać lokalne tradycje. Wyjeżdżamy z wioski i jedziemy dalej. Za kolejna wsią rozbijamy namiot w lesie, a w nocy budzą nas wystrzały sztucznych ogni.  W Chinach chodzi o hałas, bo ponoć odstrasza złe duchy. Jesteśmy pewni że uciekły daleko, bo bardzo popularna była taka petarda, której huk odbijał się donośnym echem od tutejszych gór i zostawiał po sobie mały dymny grzybek. Tak głośno nie było nawet w Hong-Kongu!


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/IMG_1023.JPG

Na koniec Chin znajdujemy ładne miejscowości. Słoneczne, leniwe i ciepłe. Przypomniały nam te z ukraińskiego Krymu albo mołdawski Kiszyniów. Brakowało tylko diabelskiego młyna. Była za to górka na którą można było wejść, na której stała sobie stara pagoda. Byli Chińczycy wylegujący się w hamakach (!) i najlepszy makaron z warzywami i jajkiem na świecie. Wszystko to ostatniego dnia, tak, żeby było nam żal wyjeżdżać...


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/IMG_1199.JPG