Aktualności‎ > ‎

Pod Fuji

opublikowane: 20 gru 2013, 17:53 przez eferde   [ zaktualizowane 17 lip 2014, 04:45 ]
21.12.2013, Shizuoka, Japonia

Pogoda w Japonii nas nie rozpieszcza, co prawda rosną tu palmy i cytrusowe drzewa, a ludzie nadal pracują w ogródkach, mimo tego że mamy już połowę grudnia, to jednak częsty deszcz i temperatury w przedziale 0-10*C dają nam mocno w kość. Dlatego od Kioto staramy się mocno podkręcić tempo i możliwie szybko dotrzeć do Tokio. Nawet udaje nam się realizować to założenie i do Nagoi docieramy po dwóch dniach pedałowania (po 90-parę km dziennie, gdzie wcześniejw Korei i Japonii największym dystansem było 70km). Czekają tam na nas Jacek i Daria, para z Poznania, studiująca tutaj już od ponad roku prawo. Jaki ten świat mały, chciałoby się rzec. Tym bardziej gdy okazuje się, że Daria i Inka mają wspólną znajomą.


https://lh5.googleusercontent.com/-mIQWlWIaOAk/Ur_-JPMdwPI/AAAAAAAAKV0/jKV4jW5uSs0/s1600/IMG_9055.JPG

Następnego dnia nasze plany gnania do Tokio krzyżuje nam, a jakże, przyczepka. Tym razem nie puściły spawy, a marnej jakości chińskie opony. Na znalezienie sklepu i naprawy marnujemy dużą część dnia (a pogoda akurat dopisywała!), przez co oddalamy się jedynie na jakieś 15km i nocujemy w parku w pobliżu domku Totoro (w sumie to domku Satsuki i Mei, z anime "Mój sąsiad Totoro").


https://lh6.googleusercontent.com/-Rs3NzLnj_zE/Ur_-Ock54tI/AAAAAAAAKWE/is4T3Z9qpkQ/s1600/IMG_9061.JPG

Dzięki temu mamy dużo energii i zapału na kolejne dni i dotarcie do Shizuoki, gdzie mamy zaklepane kolejne spanie pod dachem. Miasto niestety zdaje się oddalać w miarę upływu kolejnych godzin na rowerze. Dzięki wizji ciepłego łóżeczka nie straszny nam wiatr w twarz, deszcz, niska temperatura, czy sztorm na Pacyfiku (jedziemy wybrzeżem). Na przekór pogodzie utrzymujemy ciepło i dobre nastroje, kilometry mijają i odległości na tablicach stają się już bardzo obiecujące ("Shizuoka 15"). Już od dawna jest ciemno, hula wiatr, strugi deszczu podświetlane przez nieliczne latarnie, niczym kadry z jakiegoś mrocznego horroru. A my nie możemy jechać dalej, bo ktoś postanowił zamknąć tunel na naszej drodze! W tym momencie cały nasz impet i wola zostają sprowadzone na (przemokniętą do cna) ziemię. Ale nic to, obok jest jakiś objazd, nawet jeden autobus przejechał. No to my za znim, w końcu gdzieś dojedzie.

I dojechał, całe 200m na hotelowy parking. Zdesperowani pytamy parkingowego jak dostać się stąd do Shizuoki. Niestety angielski ciężko mu idzie i w czasie tłumaczeń zaczynamy solidnie marznąć (wiecie, wiatr, deszcz, zimno, cały dzień na dworze, pryśnięte marzenie o ciepłym spaniu). Na szczęście parkingowemu też nie uśmiecha się stanie w deszczu i zaprasza nasz do hotelowego przedsionka, z którego przez szybę możemy popatrzeć sobie na kryształowe żyrandole i japońskich bogaczy (trafiliśmy na jakieś hotelo-spa-hiltono-sheratona) w szlafroczkach (spa! spa!), z kolei bogacze i hotelowa obsługa nie za bardzo chcą zobaczyć nas. I tak stoimy sobie i umieramy z zimna, ociekamy wodą na marmurową podłogę. Czekamy na rozwój wydarzeń, bo parkingowy jako jedyny się nami jako tako przejął i próbuje coś zdziałać. Na noc w hotelu nie ma co liczyć, a wystarczyłaby nam jakaś sucha kanciapa, nikt jednak nie rozumie co czujemy. Idą w ruch telefony, kontaktujemy się z Asami, dziewczyną która miała nas gościć tego wieczoru w Shizuoce. Dzisiaj już nie damy rady do niej dojechać, więc próbuje znaleźć dla nas tani (120zł/os!) hotel w okolicy. Ostatecznie w znajduje się coś w miasteczku obok. Słabo nam się widzi ponowne wyjście na dwór i wsiadanie na rower, mamy solidne drgawki, nikt jednak na to nie reaguje, nie dostajemy nawet szklanki ciepłej herbaty, czy chociaż wody do rozgrzania. Za to kałuże które pozostawiamy, są skrzętnie wycierane. Jedyne co, to parkingowy daje nam mapkę miasta z zaznaczonym dojazdem do ryokanu (takiego japońskieo hotelu) i życzy wszystkiego dobrego. Wszystkie mięśnie napięte do granic możliwości próbują wykrzesać choć trochę ciepła i ruszamy przed siebie w ciemną, zimną i mokrą noc. Na szczęście ryokan, nasze ocalenie, znajdujemy bez większego problemu. Czyli jednak nie umrzemy z zimna tego wieczoru!:-)

Ostatecznie docieramy do Shizuoki następnego popołudnia. Okazuje się, że Asami ma bardzo ciekawego znajomego na studiach. Noritoshi, bo tak się nazywa, ma matkę Polkę i rozumie jak do niego mówimy po polsku:-)


https://lh3.googleusercontent.com/-ZDQxgYx7e18/Ur_-YZCubYI/AAAAAAAAKWo/MNhSe2_arpk/s1600/IMG_9096.JPG

Niestety odpowiada tylko po angielsku, chociaż czasem wtrąci jakieś nasze słówko. Generalnie bardzo miło i mega zaskoczenie. W końcu się rozpogadza i po raz pierwszy na własne oczy możemy zobaczyć, niedaleki już, wulkan Fuji. Góra robi ogromne wrażenie, początkowo w ogóle jej nie zauważamy. Rozglądamy się po horyzoncie, no i gdzie ten Fuji? Tymczasem ośnieżony szczyt wulkanu jako jedyny wystaje ponad niskie białe chmury i jest tak duży, że analiza krajobrazu i przyswojenie tego, co widzimy zajmuje nam dobrą chwilę.


https://lh3.googleusercontent.com/-ljJMO9BO6qI/Ur_-ZFYzEWI/AAAAAAAARtI/RMG76BSLZx0/s1600/IMG_9103.JPG

Wybrzeże Pacyfiku w Shizuoce zostało niedawno wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, ze względu na swoje piękno i dobry widok na Fuji.


https://lh6.googleusercontent.com/-mJiDjmt_w1w/Ur_-h65vaII/AAAAAAAARtc/Gjuagg0semc/s1600/IMG_9125.JPG

Zarówno Asami jak i Toshi są studentami lokalnego uniwersytetu morskiego. Z tej okazji odwiedzamy tutejsze oceanarium, a za przewodnika robi nam Toshi (studiuje biologię oceanu). Oceanarium może niewielkie, ale naprawdę fajne. Na jeden z obiadów w Shizuoce udajemy się do słynnej w okolicy (przyjeżdżają tu nawet ludzie z odległego o 200km Tokio) koreańskiej knajpki, która mieści się w przydomowym ogródku, w swego rodzaju altance, która w ogóle nie wygląda jak słynna knajpa. Mistrz kuchni (czyli pani domu, starsza Koreanka) przygotowuje proste ale wyśmienite danie. A po pogawędce z nami, nie chce nawet słyszeć o zapłacie. Miło:-)


https://lh6.googleusercontent.com/-ge02sHid0nw/Ur_-0Lo29uI/AAAAAAAAKYM/48LeVYW2be8/s1600/IMG_9160.JPG