Aktualności‎ > ‎

Państwo środka, podejście drugie

opublikowane: 28 sty 2014, 01:11 przez eferde   [ zaktualizowane 17 lip 2014, 06:02 ]
17.01.2014, Guilin, Chiny

Właściwie 10km od miasta, na kampusie politechniki, w pomieszczeniu uczelnianego klubu rowerowego. Możemy sobie tu rozbić namiot, pomieszkać kilka dni, podreperować i umyć rower. Nieźle trafiliśmy, mają cały zestaw potrzebnych narzędzi, centrownicę do kół, proszki, płyny, szczoteczki i smary. Znają też parę fajnych małych dróg i pomimo naszych protestów (chcieliśmy nieco odpocząć) zabierają nas na wycieczkę. I dobrze, bo takie wiejskie ścieżki uwielbiamy, a samemu ciężko na nie trafic. Widzieliście film "Malowany welon"? Tak właśnie wyglądała nasza przejażdżka. Przez pola ryżowe, po maleńkich groblach, przez biedne hutongi, przez góry i wzdłuż rzeki w otoczeniu słynnych stromych wzniesień. Z planu na Guilin wykreślamy spływ rzeką Li. Ciasno, drogo, wody mało, bo zima to pora sucha. Dzięki chłopakom z klubu dowiadujemy się o lepszej ścieżce wzdłuż rzeki i zamierzamy nią pojechać do miasta.... Ale o tym pewnie w następnym poście.


https://lh5.googleusercontent.com/--mug6r_5-ok/UvYR8dCZOSI/AAAAAAAALUg/QroRr3ksA0Y/s1600/IMG_0244.JPG


Pogoda południowych Chin trochę jednak nas zasmuciła. Nie jest tak ciepło jakbyśmy tego chcieli, choć jesteśmy już na zwrotniku raka. Nie liczyliśmy na upały, ale jednej nocy tempertura spadła poniżej zera. Mamy na to dowody, bo rano zrobiliśmy zdjęcie szronu na namiocie.


https://lh6.googleusercontent.com/-L7b_i9d_b6Y/UvYShAPT9gI/AAAAAAAALaE/BmPHqtK1xgs/s1600/IMG_0443.JPG

Miasta zachorowały już na szaleńczy rozwój w zastraszającym tempie. Na każdym kroku, w każdej wiosce, w każdej dziurze budowane są nowe domy, jeden przy drugim. Co prawda z czerwonej cegly, ale wszystkie równe, kwadratowe klocki. Wszystko wszędzie pokrywa pył budowy. Tu mieszają beton, tam docinają blachę, jeszcze gdzieś spawają nowe kraty w oknach. Ciężarówek zdecydowanie więcej niż aut osobowych. Zazwyczaj są przeładowane, wożą piasek do budowy dróg. Najwięcej motorów i skuterów, na których jadą po 3-4osoby, czasem jedna z dużym pakunkiem. W każdym domu obowiązkowo garaż w którym mieści się jakiś sklep, warsztat, knajpa albo myjnia. Stare, tradycyje domki z niewypalonej gliny służą często jako skład opału albo chlewy i obory.


https://lh4.googleusercontent.com/-Aa1_NYKZwCU/UvW_JZctr7I/AAAAAAAALGg/88ydVk-ysRQ/s1600/IMG_9689.JPG

Pomiędzy tym wszystkim starsi ludzie zbierają gałęzie, wycinają bambusy tasakami, sprzedają warzywa albo grają w karty. Kobiety z dziećmi na plecach pracują razem z mężczyznami. Większe dzieciaki bawią się przed domem albo tam gdzie pracują rodzice. Jest ciężko, ale nie ponuro. Pedałujemy jednak mocno, bo oczy chcą już odpocząć od tego zgiełku. Skręcamy w boczną, małą drogę która na mapie wygląda na prostą i krótszą. Cudowna cisza, piękne widoki i maleńka betonowa dróżka, która pnie się serpentynami i prowadzi nas przez zagubione górskie wioski. Po kilku zakrętach nie wiemy gdzie północ gdzie południe. Docieramy do końca utwardzonej nawierzchni i dalej pchamy rower po stromej gliniano-kamienistej ścieżynce. Na złość wyszło słońce i nie ułatwia sprawy. Cztery kroki i odpoczynek. Widzimy jednak przełęcz, więc mobilizujemy wszystkie siły. Na górze zza przełęczy wynurzyła się ściana wysokiej góry ze szczytem w chmurach i serpenrynami na zboczu. Dookoła nikogo, droga rozwidla się w kilku miejscach, więc decycujemy się na odwrót, bo to "niemożliwe że to właściwa droga". Oczywiście była, ale dowiedzieliśmy się o tym jak zjechaliśmy ładnych paręnaście kilometrów w dół. W nocy Inka nie może spać, bo bolą nogi i w ogóle to, że trzeba wracać tą samą drogą i objechać góry na około. Zamiast oszczędzić dzień, dołożyliśmy dwa okrutnej męczarni.


https://lh5.googleusercontent.com/-U6rEGpilsGo/UvXEsmHly2I/AAAAAAAALLc/8dWl5KqmxEI/s1600/IMG_9897.JPG


Szarobury dzień, nieumyte od kilku dni włosy, mżawka, duże niekończące się miasto (prawie puste, bo dopiero budowane, jak wiele innych w Chinach) zmusiła nas do spania w hotelu. Obcokrajowców przyjmują tylko w tych najdrozszych, ale i tak na jedzenie wydajemy tu poniżej naszego dziennego limitu 40zł, więc raz możemy sobie pozwolić. Noc 50zł od osoby. Ciepła woda, komputer, wifi w cenie. To już druga noc w hotelu od wjazdu do Chin. Pierwszą postawili nam pierwszego dnia policjanci (!), którzy zauważyli nas rozbitych w namiocie przy drodze. Tamten hotel był niemal wielkości Pałacu Kultury w Warszawie. Obłoconym rowerem przejechaliśmy po złoto-marmurowym holu i zostawiliśmy go za recepcją. Nikt nie mówił po angielsku. Nie wiemy, o co chodzi z tymi hotelami dla obcokrajowców, ale to jeden z głupszych pomysłów chińskich władz.


https://lh5.googleusercontent.com/-VBWp5ZB6L8U/UvW-LxfwQrI/AAAAAAAALFo/tlbWUGiyl6I/s1600/IMG_9661.JPG


Po mżawce zniknęły chmury i wyszło słońce. Pierwszy raz od tygodnia. Nie ujeżdżamy za daleko, bo zatrzymujemy się na uroczystości u pewnego Chinczyka, chyba z okazji ukończenia miesiąca przez jego syna. Zaproszeno jest rodzina, sąsiedzi, cała wioska. Wszyscy w skupieniu ogladają taniec jaki odprawiają mężczyźni przebrani za lwa. Jest mała orkiestra, lew tańczy w rytm bębna, a kulminacją tańca jest deszcz petard jaki rzucają widzowie w bestię. Jakimś cudem nic się nikomu nie dzieje, ale hałasu, śmiechu i dymu co niemiara. Po pląsach kolacja. Na stołach grzałki, a na nich gotujący się bulion do którego wrzucane są surowe kawałki mięsa (i wszystkiego innego, co oferuje kurczak, łącznie z łebkiem i łapkami) i warzywa. Wszyscy jemy z jednego garnka wyławiając pałeczkami ugotowane kąski. Dobrze, że Olo tym razem nie kręcił nosem, bo Inka cierpiała na zatrucie pokarmowe i z powodu kamienia w żołądku nic nie mogła przełknąć.


https://lh6.googleusercontent.com/-tTdXFEunVP8/UvYRs2agtVI/AAAAAAAALRs/vsA5wlsWwCc/s1600/IMG_0116.JPG

Mamy nadzieję, że się nie obrazili. Następnego dnia uruchamiamy zapas stoperanu, a na pocieszenie w krajobrazie zaczynaja się pojawiać słynne "chińskie górki".