Aktualności‎ > ‎

Na Shikoku

opublikowane: 4 gru 2013, 05:51 przez eferde   [ zaktualizowane 17 lip 2014, 03:08 ]
04.12.2013, Awa, wyspa Shikoku, Japonia

Shimonoseki najwyraźniej ściąga deszcz, bo w miarę oddalania się od tego miasta pogoda się poprawia, a zatem humory też, no i pojawia się nadzieja, że uda nam się jakoś dotrzeć do Tokio i nie zamarznąć.

Tak więc w drodze do Hiroszimy deszcz trochę nas przetrzymywał, to w namiocie, to w sklepach, to w onsenach, więc docieramy tam póniej niż zakładaliśmy. Tuż przed miastem przeprawiamy się na małą wyspę Miyajima, słynącej ze starej shintoistycznej świątyni zbudowanej na palach, bramy Tori stojącej "na wodzie" i oswojonych jeleni sika, które biegają po alejkach i wyłudzają od ludzi jedzenie. Jest sporo turystów, więc zostawiamy rower i udajemy się na zwiedzanie. Trafiliśmy idealnie, jest godzina przypływu i morskie fale zalewają właśnie świątynię i nie można już do niej wjeść inaczej niż przez pomost. Robi wrażenie, choć tych 6zł za wstęp trochę szkoda, bo z zewnątrz wygląda bardziej imponująco. Generalnie świątynie wyglądają podobnie, a w tych większych punktem stałym jest sklepik z religijnymi akcesoriami (dwoneczki, breloczki, drewniane plakietki, wróżby i modlitwy), które po zakupie należy powiesić w specjalnym miejscu, żeby intencje i życzenia się spełlniły. Szkoda tylko, że wszystkie takie drogie. Tanie nie podziałają? Japończycy są jednak bardzo przesądni i nie szczędzą na takie rzeczy kasy. Gdy wróciliśmy po nasz dobytek, okazało się że jest splądrowany przez stado wygłodniałych jeleni. Jeden najbardziej bezczelny, kończył właśnie drugą paczkę solonych orzeszków i zachowywał się bardzo agresywie przy próbie wydarcia mu reszty z pyska.  Zeżarly nawet rolkę pachnącego papieru toaletowego! Na wyspie widzielismy jedną małą tabliczkę z prośbą o niedokarmianie dzikich zwierząt, ale nikt tego nie pilnuje, chyba dlatego że jelenie nakręcają tu turystyczny biznes (są symbolem parku narodowego i pluszowym suwenirem).


https://lh3.googleusercontent.com/-ie0tRKuqVlQ/Ur_6doH54DI/AAAAAAAAKI4/bix0NfAoUpk/s1600/IMG_8331.JPG

W Hiroszimie głównym punktem pielgrzymek turystów, i naszym też, jest park pokoju i ruiny jednego z budynków, które ostały się po wybuchu bomby atomowej 6. sierpnia 1945 o 8:15. Nie zostajemy tu jednak na dłużej, bo nie udało nam się znaleźć noclegu przez CouchSurfing, mimo kilkunastu rozesłanych zapytań.


https://lh5.googleusercontent.com/-FtHsSGIEhnE/Ur_6mW64alI/AAAAAAAAKJU/QlXxVJZ2uvU/s1600/IMG_8336.JPG

Znajdujemy za to groźne pęknięcie w naszej przyczepce i otwarty warsztat samochodowy w późne niedzielne popołudnie. Po oględzinach odkrywamy łącznie cztery pęknięcia (doprawdy nie wiemy jak to się trzymało w kupie), a mili panowie cierpliwie i profesjonalnie spawają to nasze nowosybirskie ustrojstwo. W tym czasie podjechał kolega właściciela warsztatu, który zna angielski i tłumaczy panom historię naszej podróży. Zdaje się, że gdyby nie strona w internecie i galeria zdjęć, nikt by nie uwierzył naszym słowom, a Yasuhiro określił podróż słowem "cud". W zamian za spawanie nie biorą od nas ani grosza, do tego częstuja domowymi pączkami z nadzieniem ze słodkiej fasoli i życzą powodzenia.


https://lh3.googleusercontent.com/-tvWSUF6heLU/Ur_6qwFIi1I/AAAAAAAAKJk/cAopR55IGjs/s1600/IMG_8352.JPG

Zjeżdżamy teraz w stronę wyspy Shikoku. Droga prowadzi tysiącem mostów przez maleńkie wysepki, na których prawie nikt nie mieszka i gdzie uprawia się mnóstwo cytrusów na stromych zboczach. Co jakiś czas stoi samoobsługowa owocowa budka-sklepik z mandarynkami 3zł/kg. Nie trzeba dodawać że słodkie, soczyste i pyszne. Dobrze że jedna para rąk na tandemie jest wolna i można jeść w czasie jazdy.


https://lh3.googleusercontent.com/-XkN0Yo6PUhI/Ur_7L0iAaTI/AAAAAAAAKLc/jYvWP3wRGRs/s1600/IMG_8425.JPG

Przed promem na Shikoku po raz pierwszy przychodzi nam targować się o tańszy bilet. Obsługa oprócz biletu na rower chce nam wcisnąć jeszcze taki na motocykl, bo mamy przyczepkę. Nie dajemy za wygraną ("Jak to za motocykl?! Nie dość, że nie mamy silnika, to jeszcze jesteśmy jednym pojazdem!"). Ostatecznie staje na dwóch rowerach. Rejs trwa ponad godzinę, widoki wspaniałe, zachód słońca, pełno wysp i wysepek, a na część z nich, mimo że są zasiedlone, dostać się można wyłącznie łódką.
Siadamy na fotelach obok straszych pań i panów. Po chwili zauważamy że istnieją równiez miejsca na podłodze (nie takiej gołej, a na podwyższeniu, na matach), które zajmuje młodsza część pasażerów. Siedzą po turecku albo leżą i śpią. Zdaje się że w Japonii fotele są zarezerwowane tylko dla mniej sprawnych ruchowo.


https://lh3.googleusercontent.com/-2qC5lV3yeRA/Ur_7TnyR8lI/AAAAAAAAKL0/O1Q5E5cmCvM/s1600/IMG_8448.JPG

W Awie w końcu mamy niebywałą okazję spać w japońskim domu u prawdziwego japońskiego rolnika, plantatora ryżu i ziemniaków. Nie lada sztuką było dotarcie pod wskazany adres (nie mają tu nazw ulic i numerów domów, tylko jakiś dziwny system nazywania przestrzeni między ulicami i numerację wewnątrz takiego "kwadratu", której i tak nigdzie nie widać), która ostatecznie się nam nie udała i to my daliśmy się odnaleźć przez gospodarza. Nawet nie sądziliśmy że dom będzie tak tradycyjnie wyglądał od wewnatrz. Dostaliśmy do dyspozycji salon wyłożony pachnącymi matami tatami, wypiliśmy z Hirujim kawę przy niskim stoliku, siedząc po turecku, wykąpaliśmy się w wannie Yamaha z hydromasażem i zasypiamy pod grubym posłaniem na materacu - futonie ułożonym wprost na podłodze.


https://lh5.googleusercontent.com/-nbMtEg88NgU/Ur_7mrQT0jI/AAAAAAAAKM0/y4rm_XDSJzw/s1600/IMG_8519.JPG