Aktualności‎ > ‎

Na południe 2

opublikowane: 30 gru 2013, 22:16 przez eferde   [ zaktualizowane 17 lip 2014, 05:23 ]
31.12.2013, Hong Kong

https://lh4.googleusercontent.com/-vgBQTuE8HkE/UuYopNxRUCI/AAAAAAAARHI/vBX2FaI6oGE/s1600/IMG_9450.JPG

Jak wspominaliśmy niedawno, jesteśmy już w Hong Kongu. Spotykamy się tu z koleżanką Inki z liceum, która robi tu doktorat i możemy się chwilę zatrzymać u jej znajomego na wyspie Lantau, gdzie odpoczywamy po samolotach i lotniskach (z całego serca polecamy promy, bo choć trochę bujają, nie ma miliona odpraw, pakowania bagażu w odpowiednio małe paczki czy walizki, tysiąca kilometrów do przejścia, żeby skorzystać z ubikacji i w końcu wyjącego, ciasnego salomotu). Z wakacyjnej, spokojnej wyspy z palemkami przeprawiamy się na wyspę Hong Kong. Góry dookoła zmniejszają powierzchnię użytkową i wszystko, co płaskie wypełniają szczelnie wysokie drapacze chmur, te mieszkalne i te błyszczące biurowo-sklepowe. Stojąc na samym dole jest się w cieniu tego wieżowcowego gąszczu. Pomiędzy budynkami wiją się wąskie uliczki, jak na przedmieściach Lizbony, po których poprwoadzony jest tramwaj, ze względu na niewielką ilość miejsca  - piętrowy. Tak samo wyglądają autobusy. Ba nawet chodniki!


https://lh4.googleusercontent.com/-8JDGQALqg-4/UuYo2IShUPI/AAAAAAAARHo/dQlmq0SxOD0/s1600/IMG_9463.JPG

Nie pchamy się w ten kocioł z rowerem tylko zostawiamy go w ustronnym miejscu, bo podobno jest tu bardzo bezpiecznie. Nasze paszporty zostawiamy w wietnamskiej ambasadzie i mamy trochę czasu by zdać relację z ostatnich dni w Japonii:

Z Shizuoki odbijamy w stronę Fuji, by zbliżyć się do wulkanu jak tylko się da. Tym razem nie uda nam się na niego wejść, bo trwają srogie warunki i szlak jest zamknięty. Oficjalnie czynny jest tylko dwa mieisące w roku. Rano robimy parę zdjęć, bo zazwyczaj koło południa wulkan zatrzymuje jakieś chmurki, które przylepiają się do szczytu i za nic nie chcą odlecieć. Biały szczyt widoczny jest z daleka, przy dobrej pogodzie nawet z odległego Tokio. Japończycy mówią, że Fuji każdego dnia wygląda inaczej, i chyba tak jest.

Droga pnie się cały czas pod górę, ale warto się trochę napocić, by zobaczyć słynne wodospady Shiraito. Dojeżdżamy tam pięknym, słonecznym popołudniem. Nie dość, że za wejście nie trzeba płacić (miłe zaskoczenie!) to wodospady są jednymi z najładniejszych jakie kiedykolwiek widzieliśmy. I nie są takie zwykłe z rzeki, a takie, których woda wypływa ze skał, z podziemnych źródeł. Wnioskując z zamieszczonej tam tabliczki informacyjnej, która była cała po japońsku, woda wypływa z Fujiego!


https://lh3.googleusercontent.com/-BUyZF8O1EsE/Ur_-44J870I/AAAAAAAAKYY/5Smwtj0xnT0/s1600/IMG_9203.JPG

Nieopodal wodospadów zagaduje nas para motocyklistów, która stawia nam obiad, lokalne yakisoba i zaprasza do siebie na noc! Los chce, że akurat mieszkają po drodze i w odległości, którą jesteśmy w stanie jeszcze tego dnia pokonać. Zatem jedna noc w namiocie mniej, a tych mamy już powoli dość, bo w Japonii jednak też mają zimę i jest nam po prostu zimno.


https://lh4.googleusercontent.com/-tNfhGuJjoyw/Ur__Fx4BePI/AAAAAAAAKZE/YrPa_QL5DRU/s1600/IMG_9226.JPG

Nasi gospodarze dopytują, jak chcemy dostać się do Tokio. Gdy pokazujemy im naszą trasę, rzedną im miny i od razu sugerują nam alternatywną wersję, trochę dłuższą ale tylko z jedną małą przełęczą (ponad 600m n.p.m., przy starcie z poziomu 0) do pokonania. Całe szczęście, że przystaliśmy na ich propozycję, bo górka i tak wyciska z nas siódme poty, na szczycie pada śnieg, a na zjeździe po raz kolejny palimy hamulce.


https://lh5.googleusercontent.com/-8p4sfnDT4WM/Ur__SgB7YoI/AAAAAAAAKZw/xpDfAua6JFU/s1600/IMG_9266.JPG

Zbliżają się Święta Bożonarodzeniowe, a akurat na Wigilię trafiamy pod dach do domu Ryo, młodego Japończyka, którego spotkaliśmy pierwszego dnia w Japonii, ponad półtora miesiąca temu. Dwunastu potraw może nie ma, ale za to jest surowa ryba (i to trzy rodzaje), jako obowiązkowy element sushi, które sami sobie zawijamy wedle uznania.


https://lh6.googleusercontent.com/-8snZl4yaNQo/Ur__YQs5hZI/AAAAAAAARvg/PlHlGwMWqRE/s1600/IMG_9284.JPG

Jazda rowerem po Tokio nie przysparza nam zbyt wielu trudności, bo jest sporo ścieżek rowerowych, na których się mieścimy nawet z naszą przyczepką. W centrum obowiązkowo podjeżdżamy pod pałac cesarski, zobaczyć cesarza. Ten jednak się nie pojawił, więc zajrzeliśmy jeszcze do centrum sumo i pobliskiego muzeum Tokio. Sumici stanęli na wysokości zadania i się pojawili, nawet w znaczących ilościach. Niestety muzea (sumo i Tokio), ze względu na okres świąteczno-noworoczny były pozamykane. Co nas trochę zaskakuje, bo w końcu nie są to święta japońskie (był 26.12).

Wieczór przysparza nam sporo emocji, bo musimy dostać się lotnisko, które znajduje się 80km od miasta. Najbardziej pasuje nam autobus, ale żeby z niego skorzystać trzeba rozłożyć rower na części pierwsze, a pozostałe bagaże upchać w jedną wielką "ruską torbę". Na przyczepkę nie ma miejsca, więc zostawiamy ją pod dworcem Tokio główny. Ciężko uwierzyć, że przejechała z nami prawie 10 000km. Pakowanie zajmuje nam tyle czasu, że ledwo zdążamy wsiąść do ostatniego autobusu. Dopiero na lotnisku mamy okazję dokładnie zważyć nasze tobołki - łącznie 75kg (z rowerem)! Bledniemy na myśl o płaceniu za nadbagaż ale na szczęście okazuje się, że możemy zabrać dwie paczki po 23kg na osobę, czyli razem ponad 90kg. Wystarczy się odpowiednio przepakować i możemy lecieć!


https://lh5.googleusercontent.com/-eIeNTxl9Jxk/UsBPj6q5tPI/AAAAAAAAKzo/vQg7XfqcIxw/s1600/IMG_9387.JPG