Aktualności‎ > ‎

Na krańcu Ukrainy

opublikowane: 15 maj 2013, 15:34 przez eferde   [ zaktualizowane 12 lip 2014, 06:05 ]
15.05.2013, Kercz, Ukraina

To już ostatni post z Ukrainy. Jutro wsiadamy na prom i przepływamy do Rosji. Żal nam, że musimy już stąd wyjechać i oddalić się od morza. Żal nam nawet górek, które dałly nam się we znaki ale umilały jazdę pięknym krajobrazem. Z Jałty ruszyliśmy dalej wzdłuż południowego wybrzeża Krymu, mimo ojcowskiej rady Siergieja, by tę drogę ominąć. Jednak nic nas nie mogło powstrzymać, gdy już zasmakowaliśmy tych pięknych widoków i chcemy wiecej. Wyjeżdżamy jak zwykle za późno, bo po wypisaniu miliona kartek Inka gubi czapkę i długo szukamy nowej i przy okazji nowej torebki, bo stara się już poprzecierała. Z Jałty pełzniemy wolniutko pod górkę. Nasze nosy chroni przed słońcem specjalna plastikowa osłonka, którą dostaliśmy od Siergieja, martwiącego się o stan naszej skóry. Po drodze zjeżdżamy do słynnego Nikitińskiego ogrodu botanicznego, znanego z bardzo starych okazów drzew, m.in. 1000-letniej pistacji.


https://lh3.googleusercontent.com/-Vj4wLHZfMjc/UZPYLjfpzzI/AAAAAAAAFDE/VPpkqLbQFvU/s1600/IMG_1537.JPG

Ogród jest bardzo ładny, na przejście całego najlepiej zarezerwować sobie czas od rana do wieczora. Słońce pali, choć nosów nie udaje mu się dosięgnąć, chyba tylko w momentach, gdy ściągamy osłonki i zagadujemy do napotkanych ludzi. Widok plastikowego nosa jest dla nich zbyt przerazajacy. Nie przejeżdżamy nawet 50km. Następnego dnia zrywamy się z samego rana, by nadrobić stracone kilometry. Już na pierwszym zjeździe (wyjątkowo długim i stromym) zapala nam się hamulec! I wcale nie jest to wesołe, rower wpada w mały poślizg, bo tylne koło przestało się kręcić.


https://lh3.googleusercontent.com/-Xs5zazLfq0k/UZPYNvplIaI/AAAAAAAAFD8/8hmZVdwwvnQ/s1600/IMG_1553.JPG

Wymieniamy co trzeba, ale od tej chwili boimy się rozpędzać na zjazdach i hamujemy więcej przodem niż tyłem. W Ałuszcie droga główna odbija na Symferopol, mniejsza zaś prowadzi wzdłuż wybrzeża, przez Góry Krymskie, które schodzą wprost do wody, pozostawiając niewiele miejsca na miasta. O planowanych wcześniej 80km nie było w ogóle mowy. Droga wije się to wznosząc, to opadając, bardzo krętymi i stromymi serpentynami. Nie ma się co łudzić, że na następnym zjeździe będzie upragnione miasto (sklepy spożywcze!), bo będzie najwcześniej za piątą górką. Droga jest malownicza i bardzo nieznacznie użytkowana przez turystów, którzy zapuszczają się tu jedynie na rowerach. Robi się duszno i chmury schodzą nieco poniżej szczytów, widoczki przypominają nam nieco amazońską dżunglę.


https://lh5.googleusercontent.com/-hGMLoDr_Zmk/UZPYRc3AV5I/AAAAAAAAFFU/ViX78NV4Xvc/s1600/IMG_1597.JPG

Góry porośnięte są drzewami, najczęściej są to dęby, które przyjmują tu formę krzaczastą, ze względu na ciężki klimat. Poza tym rosną żywotniki, które w polskich warunkach to co najwyżej żywopłoty. Tu natomiast są to pokaźne drzewa z grubym pniem. Podobno przed wiekami Krym był bezleśny, a las który tu rośnie został posadzony z rozkazu cara. Przy jednej z dróg napotykamy dwie klacze ze źrebakami u boku. Te bardzo ochoczo do nas podbiegają. Okazuje się że to zwykłe przydrożne objadacze turystów. Zachęcone rzuconym jabłkiem, pchają się pyskiem w nasz koszyk z jedzeniem i zjadają nam wszystkie jajka, które kupiliśmy na kolację.


https://lh3.googleusercontent.com/-zM1R3VQEVLY/UZPYSQTCpwI/AAAAAAAAFFs/01gDyAoZJ8c/s1600/IMG_1603.JPG

Musimy więc jechać dalej i szukać sklepu, bo na samą kaszę nie mamy ochoty. Następnego dnia stajemy przy nadmorskim kurorcie, by się trochę powylegiwać i pokąpać. Zamiast piasku pod nogami chrzęszczą małe czarne kamienie. Unoszące się w wodzie przy brzegu duże meduzy rozgarniamy rękami i pływamy po wielkich falach, które podnoszą nas wysoko. Szkoda tylko, ze wodą taka zimna. Dojeżdżamy nad ładną zatoczkę z dużym klifem, w miejscowości Koktebel. Morze jest tu turkusowe. Wybieramy odpowiednią półkę na namiot i smażymy jajka, mając widok jak z katalogu biura podróży.


https://lh3.googleusercontent.com/-23XLuy0g7Vg/UZPYUbXiSII/AAAAAAAAFGg/oR5TJE0nr9s/s1600/IMG_1639.JPG

Na plaży leżą oczywiście kamienie i ani jednej połamanej muszelki. Przypadkiem odkrywamy, że wszystkie skrywa klif, z którego wraz z osypującą się ziemią wypadają duże muszle, które szumią do ucha. Zjeżdżamy z gór już na dobre. Przed nami znowu suchy step i wielkie przestrzenie. Skręcamy z dużej drogi na Kercz, na mniejszą drogę prowadzącą nad morze Azowskie. Wiatr pcha nas w plecy, pędzimy jak nigdy. Zajeżdżamy do Szczołkina, by zobaczyć ruiny niedokończonej elektrowni atomowej. Budowa została przerwana ze względu na katastrofę w Czarnobylu i nigdy nie została dokończona.


https://lh4.googleusercontent.com/-hnmv2Fijsjc/UZPYXmZqGeI/AAAAAAAAFH4/sxGNVV4bjfI/s1600/IMG_1676.JPG

Obecnie budynki rozbierane są przez miejscowych złomiarzy. Z daleka świeci bielą osuszony zbiornik wodny, który miał chłodzić reaktory. Szczołkino to młode miasto zbudowane dla budowniczych i pracowników elektrowni, obecnie kurort turystyczny. My jednak chcemy rozbić się na plaży. Według mapy w każdym miejscu można odbić z drogi prowadzącej wzdłuż morskiego brzegu. W rzeczywistości plażę od drogi oddziela szeroki pas młaków poprzecinanych kanałami, nie do przebycia. Zaczynają nas gryźć komary, a grunt pod kołami się rozluźnia i nie pozostaje nic innego jak pchanie roweru z nadzieją na jakiś pomost na plażę. Dopiero po godzinie pchania znajdujemy przejście przy bazie turystycznej.

Komary bzyczą, a z domków całą noc przygrywają nam weselne hity, których melodia do złudzenia przypomina te polskie. Do Kerczu stąd już tylko 50km. Po drodze spada na nas deszcz, pierwszy odkąd wyjechaliśmy z Polski. Kercz to miasto zasługujące na więcej dni, my poświęcamy mu tylko pół. To jedno z najstarszych miast na świecie (założone ponad 2500 lat temu). Przecinały się tu ważne szlaki handlowe, w tym ten sławny Jedwabny. W samym centrum odwiedzamy ruiny greckiej kolonii, na górze Mithridat.


https://lh6.googleusercontent.com/-WCDUdhZXZSs/UZQAuvRH7iI/AAAAAAAAFag/l1YrIyMq3k0/s1600/IMG_1705.JPG

Wiele z niej tkwi cały czas pod ziemią, a część ze starych cegieł wykorzystana zostala do budowy współczesnych budynków. Z góry widać port, kerczeńską twierdzę, kurchany, a także kościół z VII wieku! Czyli jeszcze sprzed podziału chrześcijaństwa na Wschodnie i Zachodnie. Za miastem znajduje się także błotny wulkan, jedno z niewielu takich miejsc na świecie. Niestety odwiedzenie tego miejsca musimy odłożyć na następny raz.

Z pewnością na Krym należałoby poświęcić więcej czasu, ale musimy się spieszyć, by zdążyć przed chłodami w Irkucku.