Aktualności‎ > ‎

M53 dobiega końca

opublikowane: 5 sie 2013, 23:42 przez eferde   [ zaktualizowane 13 lip 2014, 09:27 ]
06.08.2013, Irkuck, Rosja

Trasa do Irkucka zaskakuje nas brakiem stromych podjazdów, przed którymi straszyli nas miejscowi. Droga wije się przez lasy i polany, na których rosną miliony poziomek, które Sybiracy sprzedają na wiadra. Nie kupujemy, ale sami zbieramy ich ogromną ilość. Są słodko cierpkie w smaku, ale ich główną zaletą jest ilość. Na przemian gryzą nas komary, meszki i szare muchy (takie długie i wąskie). Napotykamy najgorsze 5km jakie nam się przydarzyło na rowerowej drodze z Polski. Zniknął asfalt (obok budowali nową drogę, może będzie gotowa już za rok) i pojawił się stromy podjazd. W tumanie pyłu, który wzniecały jadące tiry, w palącym słońcu, z chmarą gryzących szarych much na plecach, których nie możemy zabić, bo zaciskamy mocno ręce na kierownicy. Powoli wspinamy się do góry. Koła często kręcą się w miejscu, bo jest bardzo stromo, a pod nami małe kamyczki. A jednak udało się i to bez pchania roweru!


https://lh5.googleusercontent.com/-4XzHTQDFJs8/Ug8B0MlpBAI/AAAAAAAAHTw/ezzBPn9cDxE/s1600/IMG_3785.jpg

Mimo że wszyscy dookoła doradzaja by być bardzo ostroznym, to poki co napotykamy samych miłych ludzi i trafiają się miłe sytuacje. Nie przepuszczamy tu żadnej rzeczki, czy jeziora. Wszystkie są czyste i można się wykąpać. Nad jedną dostajemy szaszłyka od rodzinki grillującej na brzegu. Ktoś inny daje pomidorki, koper i cebulę z ogródka. Pod sklepem pan wrzuca nam do koszyka puszkę z miesem i szybko ucieka, ledwo zdążyliśmy podziękować. Tego samego dnia wieczorem inny pan dorzuca jeszcze dwie czekolady.

Rozbijamy się nad wielką rzekę Briusa i zażywamy cłodnej kąpieli w zadziwiająco czystej wodzie. Olo zmienia koła w przyczepce z 16- na 24-szprychowe. Kupiliśmy je na targu u handlarza motocykli. Jego kolega ze stoiska obok targował się za nas. Udało się zejść z ceny o 20zł, które wydajemy w knajpie zaraz obok na pelmienie, czyli uszka z mięsem. Zamówiliśmy "sybirskie", podali z keczupem i majonezem.

Skręcamy do Tajszetu, gdzie na samym wjeździe stoi klatka z niedźwiedziem! Ma chyba przyciągać klientów do knajpy stojącej obok. Podobno misie chodzą tu po ulicach, bo tworzona jest nowa tama na rzece i woda zalewa ich terytoria. Pod sklepem w którym nabywamy części zapasowe do przyczepki, spotykamy Dimę i Jelenę. Zaintrygował ich nasz rower i sposób łączenia go z przyczepką, który Dima obiecuje usprawnić. Nie jedziemy już tego dnia dalej. Odpoczywamy w ich domu, jemy pyszny obiad, zażywamy bani (z pareniem czyli brzozową miotełką do biczowania), a mocowanie przyczepki zastąpione jest elementem z wału kardana!  Następne dni spędzamy u ciekawych ludzi, u których nocleg zalatwił nam Dima. Między innymi u Polaka, pana Stanisława Grodeckiego. Żona pana Stacha to miejscowa artystka, haftuje, maluje i stroi podwórko różnym rękodziełem. Dni zrobiły się duszne, cały dzień unosi się mgła, jak w tropikach. Leje nam się pot z rękawów, a i tak udaje się pokonywać duże dystanse. Może dlatego, że tak nas straszyli dużymi podjazdami tak się mobilizujemy.


https://lh3.googleusercontent.com/-BEqaswXQQAM/Ug8ClVLuL7I/AAAAAAAAHYI/sAjterP6nic/s1600/IMG_3975.jpg

Kolejny tysiąc przejechany, już siódmy! Bajkał tuż tuż. Już zdążyliśmy zajechać do Irkucka, zwanego Paryżem Syberii. Miasto faktycznie wyróżnia się spośrod innych rosyjskich miast na naszej drodze i faktycznie ma jakąś historię. Sporo tu pięknych drewnianych budynków, niestety w większości w opłakanym stanie. Na szczęście lokalne władze zauważyły potencjał tradycyjnej architektury i najciekawsze z domków zostały odrestaurowane i umieszczone w kwartale 130, w centrum miasta. Irkuck nie jest duży (mniej mieszkańców niz Poznań), ale ciężko się po nim poruszać, nie wszędzie można dojść pieszo, a krzyżówki są jakieś takie pokręcone. Zatrzymujemy się tu na parę dni w Katolickiej Katedrze, gdzie będziemy czekać na parę rowerowych podróżników z Inowrocławia - Cecylię i Piotrka (link do ich strony w zakładce 'lubimy ich').