Aktualności‎ > ‎

Kazachstan to nie tylko step

opublikowane: 28 cze 2013, 14:13 przez eferde   [ zaktualizowane 13 lip 2014, 06:18 ]
28.06.2013. Pawłodar, Kazachstan

W Astanie z wielką ochotą wskakujemy na rower i cieszymy się, że krajobraz znowu przesuwa się wokół nas. Niestety przeszkadza niepaputny wiatr i z wielkim trudem przemieszczamy się jakieś 10km/h. Nie ma tu żadnej przeszkody dla wiatru, który może rozhulać się do woli. Pierwsze 150km za miastem przejeżdżamy mniejszą alternatywą drogą, przed którą ostrzegał nas Andriej, u którego mieszkaliśmy. Jakość drogi ku naszemu zadwoleniu nie pozwala rozpędzać się kierowcom samochodów, których i tak jest tu niewielu. W stepie naszymi towarzyszami drogi są bobaki (kuzyni świstaków), których są tu setki, podobnie jak polujących na nie olbrzymich orłów.


https://lh4.googleusercontent.com/-d2kKn-5VevI/UdpXunIX3OI/AAAAAAAAGmA/MrdJ9XTeew8/s1600/IMG_2758.JPG

Mijamy niewiele wiosek, z których ciężko nam się wydostać, bo często jesteśmy zapraszani na herbatę. Picie herbaty w Kazachstanie to nie pojedyncza czynność, cały a rytuał. Wszytko jest inaczej niż u nas. Po pierwsze pije się z czarek, takich półokrągłych, bez uszek. Po drugie obowiązkowo z mlekiem. Czarkę napełnia jedna osoba, nazwna przez nas roboczo nalewaczem. Nalewacz napełnia czarki do połowy, bo nalewanie do pełna oznacza braku szacunku. Nalewacz ma pod ręką pełen czajnik wrzątku, czajniczek z esencją i dzbanuszek z mlekiem. Herbatę należy wypić, gdy jest gorąca. Najlepiej głośno przy tym siorbiąc. Zaraz po opróżnieniu naczynka nalewacz napełnia je ponownie, dlatego picie herbaty nie kończy się po jednej czarce. Stół koniecznie zastawiony jest konfietami (cukierkami). Zdarza się, że do herbaty podadzą chleb, jajecznicę, naleśniki, zupę, kazachskie bułeczki - baursajki, masło czy ser. Nie pamiętamy jak się to nazywało, ale do herbaty można dodać zmielone ziarno czegośtam, masło i cukier i wymieszać na papkę. Pyszne! Lokalnym zwyczajem żonie nie wypada odejść od stołu, gdy jej mąż pije herbatę (reszta może odejść kiedy chce).


https://lh5.googleusercontent.com/-vywkbfLDYUg/UdpXpnGgqbI/AAAAAAAAGkg/eSWKj6ikSdA/s1600/IMG_2735.JPG

Do kazachskiego domu wchodzi się na boso, podobnie jak do meczetu. Kazachowie lubią się chwalić narodowymi specjałami (a mają czym!) i lubią byc chwaleni. Kazachstan lepiej niech ominą wegetarianie, bo nie ma tu żadnego dania bez miesa (no może oprócz tej masa, co się ją merda z herbatą). A najczęściej jest tak, że mięso jest głównym składnikiem. Najczęściej jada się tu baraninę, koninę i wołowinę. Zdaża się kura, a wieprzowina jest rzadkością - w końcu muzułmanie. Do baraniny można się przyzwyczaić. A nawet lepiej to zrobić, bo jest wszędzie. Jest beszparmak z dodatkiem makaronu i plow z ryżem. Są manty, czyli pierożki z baranem gotowane na parze. Jest "mięso po kazachsku", czyli baran pływający w baranim bulionie z surową cebulą i koperkiem. Jest zupa szorpa z baranem, pomidorem i cebulą, bardzo tłusta. No i byśmy zapomnieli, jest obowiązkowy narodowy szaszłyk składający się tylko z mięsa.

Drogę pod wiatr umilił nam biwak nad małym jeziorkiem (obok było duże ciepłe, ale słone). Na jezioro pokierował nas barman z przydrożnego cafe. Zachęcił także do spróbowania kumysu, czyli fermentowanego kobylego mleka, które mogliśmy nabyć w gospodarstwie nieopodal jeziorka. Tak też się dzieje. W chłodnym, słodkim jeziorku pośrodku stepu, z pięknym widokiem na połozone gdzieś daleko na widnokręgu góry, schładzamy jedyny napój alkoholowy (może z 1%) dozwolony muzułmanom (tym ortodoksyjnym). Dookoła nie ma nikogo, więc zażywamy orzeźwiającej kąpieli w idealnej ciszy. Niecałe pięć minut później nadbiega całe stado koni, które też zażywa kąpieli w tym samym jeziorku.


https://lh4.googleusercontent.com/-K4_PlnqltPE/UdpYCOCt0qI/AAAAAAAAGsM/8cUQG0Ebh7I/s1600/IMG_2816.JPG

Nadchodzi czas na wypróbowanie kumysu. Ku naszemu zaskoczeniu jest strasznie kwaśny, jak cytryna. Na dodatek pachnie oscypkiem, więc wypicie go jest dla nas nie lada wyzwaniem. Czytamy trochę informacji o tym napoju w internecie i decydujemy, że dopijemy całą dwulitrową butelkę, bo szkoda wylewać tyle witamin i innych dobrodziejstw. Jedyną skuteczną metodą jest picie duszkiem i bez oddechu. Nie wiemy czy nas oczyścił z toksyn, ale na pewno nie chciało nam się po nim pić dobrą godzinę (mimo panującego jak zwykle gorąca).

Jazda do Pawłodaru pod nieustający dzień w dzień wiatr była najcięższą dotychczasową próbą naszych sił, cierpliwości i psychicznej wytrzymałości. Nie wiemy ile kilometrów udałoby się nam przejechać bez odtwarzacza mp3 i monotonnej buddyjskiej muzyki zakupionej jeszcze w Eliście, ale zdecydowanie cieszymy się, ze pokonaliśmy większość pustych stepów Kazachstanu jadąc 2500km pociągiem Atyrau-Astana. Gdzieś przed Pawłodarem zatrzymuje się terenowe auto i wysiada z niego dwóch Kazachów. Jeden z nich ma jasną, oliwkową cerę i zielone oczy - tak wyglądali rdzenni Kazachowie przed najazdem mongolskiej hordy Czyngis Hana, drugi prezentuje już współczesną mongolsko-azjatycką urodę. Panowie oferują podwózkę do miasta - 200km! Nie dajemy się długo przekonywać i wsiadamy z naszym dobytkiem do środka. Mamy ogromne szczęście. Alibek zaprasza nas na swoją daczę, możemy zostać tam jak długo tylko chcemy. Ali to kazachski patriota, kocha swój kraj, zna język (co nie jest takie oczywiste na północy), historie, legendy, geografię, opowiada o obyczajach, o religii i wielu innych rzeczach. 2 godziny w samochodzie mijają szybko, jak krajobraz za oknem.


https://lh3.googleusercontent.com/-jHpir2POs4Y/UdpYPXQTyTI/AAAAAAAAGvQ/MJnfvqxbPBo/s1600/IMG_2908.JPG

Ali jest myśliwym, hoduje charty środkowoazjatyckie - tazy, podobno jedyne psy, które muzułmanie mogą trzymać w domu). Polują na zające, bobaki, borsuki i lisy (ponoć 1 na 1000 psów jest w stanie upolować nawet wilka). Psy biegają po działce, są jakieś bojące, nie dają się pogłaskać. Ali namawi nas na wycieczkę w góry. Dajemy się namówić, bo szkoda byłoby ominąć ładne miejsce. Zalatwią nam nawet darmowe spanie i nastepnego dnia wcześnie rano siedzimy w autobusie do słynnego Bajanaul. Cztery godziny w autobusie, w końcu niedaleko (dla Kazachow ponad 200km to niedaleko). W końcu pojawiają się na horyzoncie. Widok jest niesamowity, góry po prostu wyrastają ze stepu i mają około 1000m wysokości względnej. Pomiędzy nimi duże slodkowodne jezio Zasybai, bardzo czyste. Za wstęp do parku trzeba zapłacić, w końcu co park narodowy, to park narodowy. Wylegujemy się na plaży, z nami mnóstwo ludzi. Muzyka gra, u podnóży zielonych gór stoją namioty knajp i restauracji, a nieco dalej budynki hoteli. Trochę psuje to naturalny krajobraz, ale i tak warto tu przyjechać. W nastepny dzien, wyjątkowo pochmurny udajemy się w góry, a ponieważ brakuje map i oznaczonych szlaków, idziemy, a raczej przedzieramy się na szagę przez las. Po trzech godzinach docieramy na szczyt 800metrowej górki z pięknym widokiem na jezioro.


https://lh5.googleusercontent.com/-llJal12hmis/UdpYgalpvAI/AAAAAAAAGzw/hdnweSLsg_Q/s1600/IMG_3005.JPG

Ktoś tu już tu był, bo na skałach masa napisów w cyryloicy, ale miejscowy Alibiek ogląda nasze zdjęcia z ciekawością, bo sam pieszo nie chodzi. W Pawłodarze udajemy się jeszcze odwiedzić Dom Polski, mieszczący się w nowo wybudowanym "Domie Przyjaźni". Przyjmują nas miło dwie panie - Marysia i Ludmiła i młody chłopak Jan, z którymi gawędzimy dobrą chwilę.


https://lh5.googleusercontent.com/-KzY7SWclrkI/UdpYjoRIrKI/AAAAAAAAG0w/0wemsDjRXs8/s1600/IMG_3027.JPG

Oglądamy ładne sale, odremontowane i pozłocone przed przyjazdem prezydenta Putina kilka lat temu. W oddziale Polonii, jak i pozostałych mniejszości, na ścianie wisi portret prezydenta Kazachstanu, Nursułtana Nazarbajewa.