Aktualności‎ > ‎

Kambodżańskie ostatki

opublikowane: 10 kwi 2014, 11:12 przez eferde   [ zaktualizowane 18 lip 2014, 10:09 ]
10.04.2014 , Pattaya, Tajlandia

Jesteśmy już w Tajlandii, ale uzupełniamy jeszcze końcówkę Kambodży. Wcześniej jakoś ciężko było nam zebrać myśli, bo z gorąca mózg wylewał nam się uszami. Tu też ciepło, ale teraz nad naszymi glowami powiewa klimatyzacja, bo dzięki wtykom i znajomościom;-) spędzamy dwa dni w szwajcarskim kurorcie "Swiss Sabai".


https://sites.google.com/site/inkaolopl/home/_draft_post/IMG_5155.JPG

Za Phnom Penem zrobiło się ładnie. Teren pofalowal i pojawily się zielone górki. Oczywiscie nie tak od razu, bo wyjazd z miasta też był rozkopany (podobnie jak wjazd), a co jakiś czas pojawiały się wielkie kałuże o nieznanej głębokości, które z braku alternatywy musieliśmy przejechać. Jeden pas jezdni akurat był pokrywany betonem, więc dzieliliśmy się tylko połową drogi z tirami i licznymi skuterkami. Na szczęście koszmar się szybko skończył i no zaczęły się te zielone górki.



Inka od dawna marzy o tym by zobaczyć prawdziwą dżunglę i wydawało się, że będzie to możliwe właśnie teraz. Jednak do tej tutaj, zdaje się nie ma żadnego dostępu. Wielka, zielona, pachnąca ściana. Co jakis czas przeleci kolorowy ptaszek albo motylek i tyle.


https://lh5.googleusercontent.com/-4J9qrjsLh08/U0bbBnIgmVI/AAAAAAAAOPk/1f4pEF1Bs60/s1600/IMG_4744.JPG

Pewnego wieczoru spotykamy Thomasa, Niemca który pracuje dla ONZ i mieszka w Kambodży już od 6 lat. Pokazuje nam na mapie kilka miejsc, które warto odwiedzić. Na wszystkie nie mamy czasu, bo spieszymy do Bangkoku, by świętować Tajski Nowy Rok (dla nas to już trzeci Nowy Rok tego roku;-), ale jest kilka takich, które chcąc, nie chcąc będziemy mijać. Żeby je zwiedzić, musimy jednak mocno przydepnąć na pedaly i nadrobić jeden dzień drogi, a tutaj nie jest to takie proste.


https://lh3.googleusercontent.com/-nNXbn_bjZgE/U0bcFBr4GLI/AAAAAAAAOTg/Cb-MALDEI0U/s1600/IMG_4900.JPG

Kolejnego dnia o godzinie ósmej rano słońce zaczęło palić nadzwyczajnie (zwykle zaczynało o dziewiątej). Duchota, pot leje sie strumieniami. Wyglądamy jakbyśmy dopiero co wyszli spod prysznica, pod którym byliśmy w ubraniu. Gdy pchamy rower pod górkę mija nas ciężarówka załadowana cegłami. Kierowca wyraźnie gestykulując chce nas zabrać ze sobą. Po chwili siedzimy we czwórkę w środku (jeszcze pomocnik kierowcy), na cegłach leżą bez żadnego zabezpieczenia sakwy i rower, a samochód pędzi po górskich serpentynach zdecydowanie za szybko. Takie jest nasze odczucie, bo żadne wskazówki na desce rozdzielczej nie działają. Nie jesteśmy też pewni, czy nie pogubiliśmy ekwipunku na wybojach. W dodatku na pierwszym przystanku kierowca kupuje piwko, a potem następne i następne. Na szczęście w tej części świata produkuje się takie małe puszki 0.3 litra.

Nie bez oporów dajemy przewoźnikowi siateczkę z ogromnymi, pięknymi, dojrzałymi, żółciutkimi mango. Kierowca chyba nie docenia naszego poświęcenia (dla nas mango to najwspanialszy owoc na świecie), zatrzymuje się na jednej z przełęczy i przez okno rzuca te rajskie owoce i 500 rialsów (ok. 35-40 groszy) pod uliczną kapliczkę, tak w ofierze dla duchów. Aż stęknęliśmy z żalu. Kapliczek jest w południowo-wschodniej Azji pełno. Obowiązkowo stoi przynajniej jedna na każdym podwórku, jedna w domu, w sklepie, na polu i zwykle całkiem sporo na większych przełęczach. Na każdej z nich miseczka z wodą (koniecznie czystą, codziennie zmienianą), owocami (nigdy zgniłymi, ani choćby zleżałym) i kadzidełkiem (dostępne w każdym sklepie) palonymi, by zwabić dobre duchy. Generalnie ludzie nie są jacyś bardzo religijni, ale z duchami nie ma żartów, lepiej ich nie denerwować (duchów, znaczy się).

W samo poludnie wysiadamy żywi i bez strat w bagażu w Tottai.

https://lh4.googleusercontent.com/-FTekjFN_iQ0/U0bbGRzABfI/AAAAAAAAOQA/1GJmPiJcYUE/s1600/IMG_4752.JPG

Zatrzymujemy się w tanim hostelu, takim drewnianym domku z łazienkę i wiatrakiem, jedyne 5 dolarów za noc (ale wifi nie ma). Płynie tu rzeka, na której jest fajny wodospad. Za kolejne 5 dolców wypożyczamy kajak na cały dzień i udajemy się prawdziwą dziką rzeką przez dżunglę do wodospadu. Choć trochę możemy się zagłębić w tym buszu. Nawet małpy się pojawiły;-) Pora sucha, więc wody mało, ale wodospad działał, w końcu nie była to ciurka wpływajaca do rzeki, a ta sama rzeka, po której płynęliśmy. Według zapewnień właściciela hostelu w wodzie nic się nie czai i można popływać. Razem z nami kąpią się khmerscy turyści, którzy przypłynęli tu małym stateczkiem. Kobiety w ciuchach, bo w Kambodży kobiecego ciała się nie odsłania. Młode, czy stare - spudnica za kolana obowiązkowa. To nic, że gorąco. Na rowerze, czy w starej świątyni Angkor Wat krótkie spodenki niestety odpadają.



Nad naszymi głowami zbierają się ciemne chmury. Grzmoty głośno odbijają się echem od skał. Z chmury nagle jakby ktoś odkręcił kurek i zaczyna lać się woda. Kryjemy się pod skalną półką. Pada do wieczora. Grubo po zachodzie słońca dobijamy do przystani, gdzie już czeka na nas właściciel kajaka i hostelu zarazem.


https://lh4.googleusercontent.com/-fAN-ICF1jk0/U0bbzVC0nHI/AAAAAAAAOSE/e2ReveGXlNc/s1600/IMG_4845.JPG

W Tottai można też popływać kajakiem po mangrowym lesie u ujscia rzeki do morza. Ale to wyprawa na dwa dni. Niestety my już musimy jechać, a mangorwce zostawiamy na "kolejny raz w Kambodży".

Na granicy orientujemy się, że zapomnieliśmy wyciągnąć paszportów spod materaca i Olo musi po nie wrócić motorkową taksówką. Pod drodze spotkał stojącą na poboczu ciężarówkę z cegłami i znajome twarze kierowców. Zdaje się że coś się zepsuło. A nasze manga zwyczajnie zjadły mrówki.


https://lh6.googleusercontent.com/-iW4YtAn5pE4/U0bcMcN67nI/AAAAAAAAOUE/2z5K4YV60n4/s1600/IMG_4915.JPG