Jubilatem przez Australię


Zdjęcia na picasie.

Głównym celem mojej wizyty w Australii było zdobycie wykształcenia i ewentualne ubieganie się o wizę stałego pobytu. Nauka miała się ku końcowi, a drugie założenie zostało w międzyczasie odłożone na później. Zacząłem więc rozmyślać o podróży i zobaczeniu czegoś więcej niż Sydney, gdzie mieszkałem od siedmiu miesięcy. Jak? Oczywiście na rowerze! I to polskim.


Skąd wziąłem Jubilata w Australii? Ot sprowadził go tutaj pewien Polak, właściciel hostelu, w którym mieszkałem. Rower miałem, pozostało jeszcze wybrać trasę. Dokąd? Gdzieś gdzie nie ma turystów, w miejsca mało znane. Pierwszą myślą była Góra Kościuszki, najwyższy szczyt kontynentu (2228m n.p.m.). Już nawet kupiłem mapę, jednak w szkole odradzono mi ten pomysł. Miałem jechać w lipcu, a to był tutaj środek zimy. W górach zimno, śnieg, sezon narciarski, dużo turystów, samochodów, nieprzyjemnie. Zły pomysł. OK, pomyślałem, to może pojadę na północ, tam będzie cieplej. I tak pierwszym dużym punktem na mapie w tym kierunku jest Brisbane. Postanowiłem pojechać tam pociągiem i wrócić do Sydney na rowerze. Stwierdziłem, że droga wzdłuż wybrzeża to niedobre rozwiązanie, za duży ruch (główny szlak komunikacyjny północ-południe) i raczej monotonne widoki.To może by tak wzdłuż Wielkich Gór Wododziałowych? Jubilatem? Dam radę. Kupiłem namiot za 50 dolarów (wtedy ok. 100zł), spakowałem do plecaka dwa śpiwory, ubrania, narzędzia i trochę jedzenia. Mogę ruszać.


Z ciężkim plecakiem na plecach (o tym, jak go przyczepić do roweru pomyślę na miejscu) jadę na dworzec. Powinienem być tam godzinę przed odjazdem, ponieważ rower zanim trafi do pociągu musi być zapakowany w specjalny karton. Bagażowi służą pomocą i razem ze mną odkręcają zapieczone pedały. Jeden puszcza w miarę szybko, natomiast z drugim nijak nie możemy sobie poradzić i postanawiamy zdjąć całe ramię korby. Niestety klin także jest zapieczony i też nie ma zamiaru się ruszyć.

-Na pewno chcesz wziąć ten rower? Może go tu zostawisz? - pyta jeden z bagażowych z wyraźnym politowaniem w głosie.
-Nie, nie. Właśnie chodzi o to, żebym rower miał ze sobą. - odpowiadam.

Odkręcam przednie koło i jubilat ląduje w kartonie. Resztę pakowania zostawiam bagażowym i idę na peron. Paręnaście minut przed odjazdem orientuję się, że nie zabrałem ze sobą kurtki. Jednak jest już za późno, żeby po nią wrócić. Po chwili reflektuję się, że przecież jadę na północ, będzie ciepło. Jechałem pociągiem popołudniowo-nocnym (14 godzin), więc za oknami widziałem głównie ciemność, za to moim sąsiadem był australijski metal, dzielący się swoją muzyką w geście przyjaźni. Raczej się nie dłużyło.


Na dworcu w Brisbane odbieram karton z rozkręconym rowerem. Już na starcie robi się nieciekawie, ponieważ bagażowi z Sydney przykleili tylko jedną nakrętkę do przedniego koła. Na jednej nie pojadę. Co by tu zrobić? Na szczęście mam narzędzia i w miejsce nakrętki ląduje kontra konusa. Koło zrobione, sprawdzam jeszcze, czy klin jest dokręcony. Nie jest, niestety trochę przesadzam i ukręcam gwint. Szczęście w nieszczęściu, że klin jest na tyle zapieczony, że mimo tego trzyma się dobrze i nie sprawiał problemu w czasie podróży (no, ze 2-3 razy dobijałem go kamieniem, żeby jednak nie wypadł). Pozostaje jeszcze zamocować plecak na bagażniku i czym prędzej opuścić miasto. Nie jest to łatwe, ale już po dwóch godzinach udaje mi się dotrzeć do drogi wylotowej.


Zabudowania ciągną się właściwie nieprzerwanie przez 50km (a ruszałem przecież z centrum). Jednak gdy te tylko się kończą, mijam charakterystyczny znak z czarną sylwetką kangura. Niewiele dalej zauważam pierwsze futrzaki. Stadko kryjące się przed żarem słońca w cieniu drzewa (środek zimy, a cieniu spokojnie 20parę stopni). Co ciekawe, znajdują się one za płotem, który nieprzerwanie biegnie wzdłuż drogi. Skąd płoty, skoro zabudowań brak? Otóż w Australii bardzo popularna jest hodowla bydła i owiec na ogromnych terenach, a ogrodzenia zapobiegają wchodzeniu zwierząt na jezdnię. Rowerzyści są tu na tyle rzadko widywani, że na mój widok każda krowa, niezależnie od swojego ustawienia względem drogi, przestaje żuć trawę i zaczyna mi się bacznie przyglądać. Po południu na horyzoncie zaczynają się wyłaniać pierwsze pasma Wielkich Gór Wododziałowych.


Zbliża się wieczór, czas pomyśleć o noclegu. Trudno jednak znaleźć dobre miejsce na rozbicie namiotu, gdyż przydrożne płoty nie mają końca. W pewnym momencie mija mnie radiowóz i zatrzymuje się na poboczu.


-Dzień dobry, dokąd jedziesz? - pyta policjant.
-Jadę rowerem z Brisbane do Sydney. - odpowiadam
-Przecież to jest damski rower. - stwierdza funkcjonariusz.

Jakby to miało coś do rzeczy, myślę sobie. Wskazuję palcem na zawias i mówię, że to rower składany

-Aha, a dobrze jest przygotowany? - policjant nie ustaje w dociekaniach.
Rzucam okiem starego Jubilata - Lepiej być nie może. - odpowiadam.
-A jaką drogą masz zamiar jechać?
-Chcę przejechać na drugą stronę gór, do drogi stanowej nr 15.
Policjant zamyślił się. - Hm, trudna droga. Ściemnia się. Myślałeś o noclegu? Parę kilometrów stąd jest Rathdowney, mają tam bar z pokojami na piętrze. Możesz się tam zatrzymać.
-Dziękuję za informację, właśnie myślałem o noclegu.

Policjant odjeżdża. Ja natomiast coraz bardziej zaniepokojony rozglądam się za miejscem na namiot, bo podoba mi się opcja spania w przydrożnym rowie, 2 metry od jezdni. Udaje mi się znaleźć boczną dróżkę, nie ma płotu, jest za to hałda piachu i wysoka trawa, za którymi mogę się ukryć.


Noc jest zaskakująco... zimna. Nie mam karimaty, więc zamiast niej podłożyłem ubrania i początkowo pozwoliłem sobie spać w jednym śpiworze. W środku nocy obudziłem się jednak zziębnięty, wgramoliłem się do drugiego śpiwora i dotrwałem do rana. Tego dnia wjeżdżam w góry. Da się zauważyć znaczną zmianę w szacie roślinnej. Na nizinie jest raczej gorąco i sucho, rośnie mało drzew. Za to w górach jest chłodniej i wilgotniej, dzięki czemu rośnie tu bujny zielony las. Czasem w zaroślach udaje się wypatrzeć małego, szarego kangura.


Jubilat nie bardzo chce jechać pod górkę, więc dużą część podjazdów pokonuję pchając rower, za w nagrodę mogę trochę poszaleć na krętych zjazdach (jednak muszę uważać na hamulec w pedałach, który raz jest, a raz go nie ma). Jadę wąską górską drogą. Z jednej strony las, z drugiej też las, tyle że nieco niżej. Ładnie i zielono. Przede mną zatrzymuje się jeden z nielicznych tutaj samochodów. Ten akurat z rodzinką jadącą na wakacje.


-Jesteś może tutejszy? - pyta kierowca.
-Oj nie, ja nie stąd. Jadę rowerem z Brisbane do Sydney. - odpowiadam.
-Aha, a wiesz jak trafić na kemping Bigriggen?
-Hm, nie wiem. Ale mam tutaj mapę. Może znajdziemy? - proponuję.
-My mamy GPSa, ale jakoś nie możemy trafić.

Wyjmuję więc moją papierową mapę i po chwili znajduję wspomniany kemping.

-Zajechaliście za daleko. W Rathdowney trzeba było skręcić w prawo.
-O faktycznie. Ominęliśmy jedyny zakręt w mieście.

Po południu odbijam parę kilometrów od głównej drogi i jadę nad wodospad Tooloom, nieopodal którego rozbijam namiot.


Mijane po drodze krowy zbijają się w stado i podbiegają do bramy. Może właściciel też przyjeżdża rowerem? Wieczorem od razu wskakuję do dwóch śpiworów, a szum wody kołysze mnie do snu. Następny dzień to kolejne podjazdy (właściwie podejścia) i zjazdy, które jednak niedługo się skończą. Za jedną z mniejszych miejscowości mijam kolejne stado krów. Tym razem płot nie zdał egzaminu i jedna z nich pasie się po złej stronie. Przerażona nieznaną i zapewne dziwaczną postacią rowerzysty rzuca się do ucieczki. Niestety biegnie wzdłuż drogi, więc siłą rzeczy ciągle jadę za nią. Po jakimś kilometrze, czy dwóch krowa dostrzega swoje koleżanki za bezpiecznym płotem i w desperackim akcie ratowania życia przebija się na drugą stronę ogrodzenia, a ja mogę swobodnie i bez wyrzutów sumienia (że męczę biedną krowę) jechać dalej. Docieram na kontynentalny skraj Wielkich Gór Wododziałowych - koniec pokonywania w poprzek górskich grzbietów, teraz będę pokonywał je wzdłuż, na południe. Nagle skończył się asfalt, jednak droga gruntowa jest zaskakująco dobrze przygotowana i jedzie całkiem przyzwoicie.


Asfalt zaczyna się po 30km, przy wjeździe do Parku Narodowego Bald Rock, którego główną atrakcją jest największy w Australii granitowy monolit (sławne Uluru jest piaskowcem). Taki ogromny kamień. Aby do niego dojechać, trzeba trochę odbić z głównej drogi. Zostawiam rowerem z bagażem na parkingu, biorę aparat, butelkę wody i idę na szczyt, z którego widać przebyte parę dni wcześniej góry.



Wpisuję się do księgi gości i jadę dalej. Mijany po drodze las, a właściwie jak się tutaj mówi: busz, nosi ślady niedawnego pożaru. Tutejsze drzewa są do tego przystosowane i palą się trochę inaczej jak nasze. Mianowicie mają zwykle łatwo-odchodzącą, łatwo-odpadającą na ziemię, łatwo-palną korę i gładki twardy pień. Także pali się kora, nasionka kiełkują, a drzewa są całe. Wielkie pożary , o których możecie usłyszeć w TV, są spowodowane europejskim podejściem pożar-zło. Mianowicie gasi i zapobiega się wszystkiemu, przez co odkłada się dużo kory i stąd nadprogramowe ilości ognia, których nie idzie opanować. Tak w dużym uproszczeniu.



Kontynuując, gdzieś w oddali widać jeszcze unoszący się dym. W takiej okolicy lepiej się nie rozbijać, muszę więc jechać dalej. Na jednym ze zjazdów towarzyszy mi stado kangurów, które żywo przypomina delfiny wyskakujące z wody obok płynących statków. Zmrok dopada mnie podczas robienia zakupów w Tenterfield. Krążę trochę po mieście w poszukiwaniu dobrego miejsca na namiot, jednak ciężko coś wypatrzeć. Za miastem natomiast są same opłotowane pastwiska. Ostatecznie decyduję się na miejscowy kemping. Właściciel ostrzega przed porannym przymrozkiem i pyta, czy nie chcę dopłacić do ogrzewania przyczepy. Grzecznie panu podziękowałem, w końcu co on tam wie o mrozach, no i ostatnie trzy dni nocowałem w namiocie i jakoś nie zamarzłem, a co dopiero w przyczepie... Przed spaniem korzystam jeszcze z dobrodziejstwa ciepłego prysznica. Noc jest faktycznie zimna. Zakładam na siebie wszystkie ubrania, otulam się dwoma śpiworami i jakoś trwam. Ranek jest mroźny, a otoczenie, ku mojemu zdziwieniu, przystrojone jest gdzieniegdzie białym szronem.



Ten jednak szybko topnieje w blasku wschodzącego słońca i wszystko wraca do normy (szron w Australii?!). Kontynentalna strona gór jest wyraźnie zimniejsza. W ciągu dnia temperatura dochodzi do około 10*C, nocami jak wspomniałem, spada nawet poniżej 0. Natomiast w tym samym czasie po stronie oceanicznej może być koło 20 w dzień i 5-10 w nocy. W nieco mniejszej od Europy Australii żyje jedynie około 20milionów ludzi, większość z nich mieszka w dużych miastach na wschodnim wybrzeżu, przez co wnętrze kontynentu jest niesamowicie wręcz puste (jakby nie było, głównie pustynie). Miasta takie jak Sydney, czy Brisbane rozciągają się na 100km wzdłuż i wszerz, natomiast mieścinki przy New England Highway, którą jadę, trafiają się co 25-50km, a takie większe miasteczka co około 100km (i tyle muszę dziennie przejeżdżać, żeby spać na kempingach i nie zamarzać w nocy). Te małe bywają na tyle małe, że nie dysponują nawet sklepem spożywczym, czasem trafi się poczta. W wyniku tego zdarzyło się, że pół dnia (zatem ok. 50km) jechałem na jednej tabliczce czekolady (jak widać Jubilat jest bardzo ekonomiczny). Pusto jest też na trasie. Jadę w sumie drogą międzystanową, a samochody czy ciężarówki mijają mnie tak raz na 15 minut. Oczywiście w miastach ruch jest nieco większy. Mimo niewielu pojazdów na drogach, częstym widokiem są rozjechane kangury (raz widziałem nawet kolczatkę, drugiego obok dziobaka stekowca). Wygląda na to, że Australijczycy nie przepadają za swoimi zwierzętami. Na jednym z podjazdów, który tradycyjnie już pokonuję pieszo, zatrzymuje się samochód. Kierowca pyta, czy wszystko w porządku i czy czasem nie potrzebuję pomocy (może mnie podwieźć?). Mówię, że wszystko dobrze, tylko trochę za stromo żeby jechać. Ot, taka uprzejmość miejscowych. Poza tym kierowcy dość często do mnie machają, czy też pozdrawiają klaksonami, gdy zatrzymuję się na przydrożny posiłek.



Na jeden dzień przestaję zmierzać ku Sydney i udaję się nad wodospad Wollomombi, według mapy najwyższy w Australii (inne źródła mówią o trzecim miejscu). Znajduje się on 40km na wschód od Armidale, w stanie Nowa Południa Walia. Droga wiedzie znowu w poprzek górskich grzbietów i często muszę prowadzić rower obok siebie. Tego dnia jest wyjątkowo pochmurno, jednak deszcz siąpił nie dłużej jak 5 minut. Jestem nieustannie obserwowany przez krowy, które za każdym razem przestają żuć i odwracają wzrok w moim kierunku. Na parking nieopodal wodospadu zostawiam rower i idę podziwiać przyrodę. Wodospad robi niemałe wrażenie. Wąwóz do którego wpada, ma do 500m wysokości.



Idę leśną ścieżką na drugą stronę rzeki, przystając na mijanych punktach widokowych. Podobno lata tu orzeł australijski - największy podniebny drapieżnik kontynentu - jednak nie udaje mi się go zaobserwować (za to widziałem go wcześniej w Górach Błękitnych, o).



Po przechadzce wracam do roweru i zbieram się do odjazdu, gdy zagaduje do mnie stary Australijczyk, jeden z nielicznych tutaj turystów. Jest na wakacjach z żoną, cztery dni wcześniej byli przy Bald Rocku i widzieli jubilata ustawionego na parkingu. Pytają, czy to był ten sam rower. Przy okazji częstują mnie ciasteczkami i ciepłą herbatą z termosu. Chwilę rozmawiamy skąd, dokąd, dlaczego tak, a nie inaczej, po czym mili emeryci robią sobie ze mną pamiątkowe zdjęcie i rozjeżdżamy się w swoje strony.         

W drodze powrotnej do Armidale zatrzymuje się przede mną samochód, kierowca pyta dokąd jadę i czy czasem mnie tam nie podrzucić. Kusząca propozycja, jednak odmawiam. Jak na rowerze, to na rowerze. Na następne dwa dni mapa nie przewiduje większych atrakcji. Jedyną ciekawostką jest sześciokilometrowy zjazd, przed którym ustawione są znaki ostrzegawcze dla kierowców ciężarówek.



Nie mogę się nim jednak w pełni nacieszyć, ponieważ w połowie drogi znajduje się punkt widokowy z ładną panoramą okolicy. Wieczorem po dwóch dość monotonnych dniach ponownie zaczynam przekraczać Wielkie Góry Wododziałowe, tym razem na stronę oceaniczną. W nocy znowu przymroziło. Postanawiam zrobić sobie luźniejszy dzień i przejechać około 60km, tak by nocować nad jeziorem zaporowym Glenbawn. Zanim tam dotrę, wchodzę jeszcze na Burning Mountain, czyli Płonącą Górę. Skąd taka nazwa? Pod górą palą się pokłady węgla, a ze spopielonego szczytu wydobywają się kłęby dymu. Jest to jedno z niewielu takich miejsc na świecie, a przez naukowców uznawana za najstarsze tego typu zjawisko - szacuje się, że węgiel płonie tam od 6000 lat.



W drodze nad jezioro rozmyślam o kąpieli w chłodnej wodzie. Niestety na miejscu wita mnie wielka tablica informująca o groźnych algach zamieszkujących akwen, wszelki kontakt z wodą wysoce nie wskazany. Cóż, z pływania nici. Jest za to więcej czasu na zwiedzanie okolicy. Dzięki temu, że jest tutaj spory ośrodek wypoczynkowy, miejscowe kangury przyzwyczaiły się do ludzi i nie uciekają na mój widok i w końcu mogę je spokojnie sfotografować.



Rano wracam na drogę nr 15, New England Highway i kieruję się w stronę oceanu. Większość czasu mam z górki, więc przemieszczanie się idzie nad wyraz sprawnie, jak na jubilata. Niestety z drugiej strony krajobraz jest coraz mnie urokliwy. Jadę przez australijskie zagłębie węglowe, zbliżam się też do dużych ośrodków miejskich, więc i zabudowań jest coraz więcej. Zatrzymuję się na posiłek przy wjeździe do jednej z kopalń. Akurat ktoś wyjeżdża samochodem i zagaduje:

-Dokąd jedziesz?
-A do Sydney. - odpowiadam. W tym miejscu miałem jeszcze przed sobą ponad 200km.
-Ojej, to daleko jak na rower!
-Jadę z Brisbane. - mówię jak gdyby nigdy nic (już ponad 900km za mną).


Kierowca łapie się za głowę i odjeżdża. Ostatnie osiem nocy przespałem na kempingach (w górach, w środku zimy było jednak zimno), tym razem nocuję pod namiotem. Bliskość oceanu powoduje, że jest wyraźnie cieplej. Wstaję wcześnie rano i szybko zwijam obozowisko - zatrzymałem się na czyimś wjeździe do domu (płoty...), na szczęście na tyle dużym i zarośniętym, że udało mi się jakoś ukryć na noc. Omijam Newcastle, spore miasto 100km na północ od Sydney i przez większość dnia jadę Scenic Highway, drogą wiodącą wzdłuż oceanu. Z jednej strony ciągną się wydmy i ocean, a z drugiej przybrzeżne jeziora i busz.



Ruch jest znacznie większy niż na New England Highway, za to obowiązuje tutaj zakaz wjazdu ciężarówek, więc nie jest źle. Późnym popołudniem docieram do Pacific Highway, drogi łączącej australijską północ z południem. Spodziewałem się tutaj sporej ilości samochodów, jednak tranzyt Sydney-Newcastle odbywa Sydney-Newcastle Freeway (Freewaye są większe od Highwayów). Ściemnia się, więc rozbijam namiot po raz ostatni. Tym razem w przydrożnych krzakach.



Rano ruszam na Pacific Highway, późnym popołudniem powinien być już u celu podróży. Pogody jak zwykle dopisuje. Droga także jest idealna, wije się krętymi serpentynami przez nadmorskie (właściwie nadoceaniczne) wzgórza porośnięte dziewiczym buszem, nawierzchnia gładka, samochodów brak. Nic tylko napawać się pięknem otoczenia oraz przyjemnością pedałowania. Od czasu do czasu mijają mnie rowerzyści, głównie szosowcy na drogich rowerach, pytają czy by mnie czasem nie... popchać pod górkę. (Co ciekawe, główna niegdyś droga, po wybudowaniu nowej większej, stała się praktycznie ścieżką rowerową o długości +/- 60km).
Są to pierwsi ludzie na rowerach poza miastem, jakich widzę od czasu wyjazdu z Brisbane.



Zmagam się z jednym z podjazdów, gdy z naprzeciwka wyłania się grupka emerytów ubranych w obcisłe stroje, jadących na dobrych rowerach trekkingowych. Zatrzymują się na odpoczynek. Ja także robię sobie przerwę w pchaniu roweru, ściągam adidasy
i zakładam sandały. Widocznie wzbudzam zainteresowanie, bo po chwili do mnie zagadują:

-Hej, jedziesz tym kierunku (na Sydney)?
-Tak, tylko zmienię buty.
-A skąd tak jedziesz? - pada kolejne pytanie.
-Z Brisbane do Sydney.
-O, to dzisiaj będziesz na miejscu. Ile ci to zajęło?
-Dzisiaj jest trzynasty dzień.
-I jechałeś przez cały czas wzdłuż wybrzeża, Pacific Highwayem?
-Nie, jechałem bardziej w głąb lądu, przez góry.
-A ile biegów masz w tym swoim rowerku?
-Jeden. - odpowiadam z zadowoleniem, patrząc na ich dwudziestoparobiegowe cuda.
-I cały twój bagaż mieści się w jednym plecaku?
-Hm, no tak. Nic więcej nie mam.
-O zobacz, to jest prawdziwy mężczyzna. - dodają między sobą.

Po czym opowiadam co nieco o moim pobycie w Australii, o szkole, o zbliżającym się powrocie do Polski, a oni chwalą mój angielski, tutejszą okolicę, przyrodę i kraj w ogóle (po co wracam do tej Polski, przecież tam jest zimno!). Ruszamy razem, ale jubilatem pod górkę nie jestem w stanie dotrzymać tempa żwawym emerytom (i emerytkom), którzy dość szybko znikają mi za zakrętem. Zostaję sam na sam z ostatnimi kilometrami buszu, ciszy i spokoju. Powoli zbliżam się do Sydney, miasta-molocha (powierzchniowo, bo mieszkańców jedyne 4mln). Pojawiają się budynki i samochody, a później więcej budynków i samochodów, aż w końcu przyroda zostaje gdzieś za plecami, a mnie otacza miasto.



Jazda plątaniną ulic nie jest łatwa, tym bardziej bez szczegółowej mapy zabiera sporo czasu. Późnym przejeżdżam Harbour Bridge, jeden z symboli miasta i docieram pod znany wszystkim gmach opery. Czuję się niemal jakbym wrócił do domu. Cieszę się z udanej wycieczki i tego co udało mi się zobaczyć i doświadczyć. Jestem też pod dużym wrażeniem solidności roweru. Jedyną usterką na dystansie ponad tysiąca kilometrów było zgubienie śrubki mocującej druty do przedniego błotnika (przez moje niedopatrzenie, powinienem to sprawdzać co jakiś czas). Szacunek dla Rometu i podziękowania dla Australii za (niemal) nieustająco piękną pogodę i przyrodę.



Relacja ukazała się w numerze 7/2010 miesięcznika podróżorowerowego rowertour.